Anna Kilian: Mieszkam w mieście, o którym nie śnię
To nie jest moje miasto i nigdy nim nie będzie. Od ośmiu lat jestem tu dlatego, że nie mogę być gdzie indziej. Czyli tam, gdzie architektura – bura i chaotyczna, obdarta i tymczasowa, pozbawiona nie tylko stylu, ale i rudymentów dobrego smaku – nie skłania do depresji.
Tam, gdzie w centrum miasta nie rdzewieją jakieś budy i baraki. Tam, gdzie na przystankach i chodnikach przysadziste baby okutane szmatami nie rozkładają barchanowych gaci w wielorybim rozmiarze i biustonoszy o miseczkach większych od mojej głowy. Znacie ten widok, na przykład z placu Zawiszy. Zamiast być gdzie indziej, mieszkam w stolicy środkowoeuropejskiego państwa, w której nadejście wiosny anonsuje zmysł powonienia. Wtedy współpasażerowie autobusów i tramwajów, zrzuciwszy zimowe pelisy i kurtki skórzane, w które wsiąkł pot wielu pokoleń, zaczynają rozsiewać wonie spod zatęchłej pachy i nie tylko. W mieście, gdzie ludzie patrzą spode łba na moje kolorowe buty, spodnie i resztę ubrania. A w oczy wpatrują mi się bez mrugnięcia, jakby chcieli powiedzieć: a ty tu po co i na co? Mieszkam w stolicy, w której z gośćmi z zagranicy nie można nigdzie pójść na kolację po 22, bo o 22 już się śpi, jeśli się nie pije. To miasto, o którym nie śnię i za którym nie tęsknię.
Autorka jest dziennikarką „ŻW”
9 maja 2008 at 8:48
spakować walizeczki i sio
9 maja 2008 at 9:44
Współczuje autorce, choć takich - którzy nie chcom ale muszom - znam więcej. Panowie i Panie, pora emigrować - czeka n Was Londyn czy Dublin.
Ps. Z jednym się zgadzam - na przystankach przydałyby się prysznice - może inwestycje rozważą władze miasta