Maciej Białek: Boniek kontra Hajto – „decydujące” starcie
Zbigniew Boniek biega i uderza piłkę jak kiedyś, a wszystko dzieje się w Bad Waltersdorf. Czyżby Beenhakker powołał tajną broń na skutek kontuzji Błaszczykowskiego? Nic z tych rzeczy. „Zibi“ rzeczywiście grał w piątek niedaleko stadionu Polaków, ale nie w piłkę, tylko w tenisa. I nie z Austriakami, a z Tomaszem Hajtą.
– Pierwszy kwadrans otwarty, potem zamykamy – żartował Boniek, nawiązując do zasady stosowanej przez Beenhakkera.
Gdy zapytałem o aktualny wynik, nastąpiła długa cisza… – Lepiej dla Tomka, żebym nie ujawniał
– zaśmiał się Boniek. Okazało się, że prowadził gemach 4:0. Biegał do każdej piłki, jakby walczył w finale French Open. Cały „Zibi“ – zadziorny, traktujący poważnie każda grę. Nawet taką.
Przy stanie 5:1 podszedł i mrugnął okiem.
– Nawet nie zauważył, że dałem mu wygrać gema. Ale drugiego już nie oddam. Byłby za bardzo
zarozumiały – rzucił w przerwie między jednym a drugim serwisem.
Boniek i Hajto. Z jednej strony piłkarz światowej klasy. Z drugiej zawodnik mniej wybitny, ale taki sam twardziel. Dwie „wielkie gęby“. Ludzie, którzy mówią to, co myślą. Do Austrii przyjechali jako telewizyjni eksperci. Ich losy splatały się od dawna. Pierwszy tonował emocje podczas mundialu w Korei, gdy drugi spierał się z dziennikarzami. Kiedy latem 2002 roku Boniek zostawał selekcjonerem kadry, zapowiadał jej odmłodzenie, skreślając… m.in. Hajtę. W krytycznej chwili ugiął się, ale „Gianni” nie pomógł mu ograć w Warszawie Łotwy w eliminacjach ME 2004. Potem znów zaiskrzyło. Boniek miał żal, że jego obrońca szybko opuścił kadrę po porażce. Przegrali ważny mecz. Piątkowy wygrał Boniek 6:1.