Maciej Białek: Czarodziej stracił swoją moc
W czasie Euro 2008 wcale nie prysł mit Beenhakkera-fachowca. Holender był, jest i będzie jednym
z najlepszych trenerów, jacy pracowali w Polsce. Skończyło się coś innego. Prysł mit Beenhakkera-cudotwórcy.
Ujrzenie piłkarza w Tomaszu Zahorskim (gdy nikt inny nie dostrzegał jego zalet), a wcześniej zwycięstwo nad Portugalią sprawiało, że traktowaliśmy Leo jak człowieka o nadprzyrodzonych właściwościach. Prawie jak kogoś, dzięki komu niemi odzyskują mowę, a kulawi chodzą o własnych nogach. I pewnie dlatego ocenialiśmy naszą siłę przed Euro wysoko. Za wysoko.
Polacy jeszcze mogą wyjść z grupy, ale to nie zmienia faktu, że zawiedli. Wszyscy, poza Arturem Borucem i Rogerem Guerreiro. Przypomina mi się mundial w Niemczech, gdy też mogłem chwalić dwóch zawodników – Boruca i Ireneusza Jelenia.
Beenhakker popełnił błędy, choć niechętnie się do tego przyznaje. Gdyby Paweł Janas powołał na ważny turniej piłkarza prosto z wakacji na Rodos i za chwilę wstawił go w meczu z Niemcami, zostałby „zjedzony” przez media.
A Holendra oszczędzono. Łukasz Piszczek nie został drugim Zahorskim, który po dotknięciu ręką przez Beenhakkera zmienił się z piłkarskiej żaby w zacnego królewicza. Z kolei powołując pomijanego wcześniej Tomasza Kuszczaka, Holender narażał się na lekki ferment w kadrze (ambitny bramkarz MU nie lubi być numerem trzy), co zresztą stało się faktem. A czy skreślony przed Euro Arkadiusz Radomski byłby gorszy niż Mariusz Jop w meczu z Austrią?
O rezygnacji z Błaszczykowskiego nie będę pisał, bo całą prawdę zna chyba tylko Leo, ale nie rozumiem, dlaczego tak lekką ręką odtrącił Jelenia? Skrzydłowy Auxerre przydałby się na ostatnie pół godziny meczów z Niemcami i Austrią, gdy Holender najpierw wystawiał Piszczka, a potem Marka Saganowskiego. Sympatyczny napastnik Southampton z grą na prawej stronie pomocy ma tyle wspólnego, co Grecyz widowiskowym futbolem.
Przykro mi też, że Leo tłumaczył porażkę z Niemcami głównie świetnym występem Niemców, a po remisie z Austrią całą winę zrzucał na sędziego. Takiemu szkoleniowcowi nie wypada.
– Nasz udział w mistrzostwach traktujmy w kategoriach cudu – mówił kilka dni temu Beenhakker, jakby sugerując, że kolejnego już nie możemy się spodziewać. Skoro mówi tak czarodziej, który stracił swoją moc, to trzeba mu wierzyć.
15 czerwca 2008 at 8:50
Trochę tak, trochę nie. “Leo cudotwórca” jednak cudotwórcą pozostaje, bo na tle polskich trenerów wygląda jak perła przy gruzowisku. Potrzebny był i nadal jest trener nie uwikłany w “układy koleżeńskie” z tzw. działaczami PZPN. Zresztą bądźmy szczerzy - który polski trener się nadaje? Leo co najmniej nie musi dygać jak panienka przed takimi “mistrzami”, jak Engel czy Piechniczek.
Jedyne co mam do Leo, to że czasem za bardzo mendryczy :) Pewnie wiek robi swoje, ludzie starsi uwielbiają moralizować ;)