Maciej Białek: Kilka słów o trzeźwej ocenie sytuacji
Leniwe niedzielne przedpołudnie, chwilę po treningu polskich piłkarzy w Bad Waltersdorf. Do tzw. strefy mieszanej, w której można znaleźć się blisko zawodników naszej reprezentacji, tym razem wpuszczani są tylko kibice. Dziennikarzom wstęp wzbroniony. Na graczy Beenhakkera mogą popatrzeć jedynie z daleka – zza dwóch krat.
Mimo wszystko próbuję wejść. Niestety, ochroniarz protestuje. I to jak! Wyjątkowo stanowczo. - Dziennikarze tym razem nie mogą wejść. Tylko kibice – podkreśla.
Co robi jeden z kolegów po fachu? Odchodzi raptem dwa metry na bok, zdejmuje z szyi akredytację, po czym wraca do ochroniarza. Ten nie ma już żadnych zastrzeżeń i go… wpuszcza. Robię to samo. Chowam akredytację i za chwilę jestem w strefie mieszanej! To nic, że mam ze sobą laptopa, dyktafon. I to nic, że austriacki ochroniarz doskonale o tym wie. Bez akredytacji, małego kawałka plastiku, jestem dla niego innym rodzajem petenta. Kibicem, nie dziennikarzem. Porządek musi być!
Przypomina mi się skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju. Podróżny udający się do Mławy podchodzi na dworcu do rezerwacji telefonicznej i zamawia bilet.
– Nie sprzedam panu, bo musi pan zamówić przez telefon – słyszy w kasie.
– Ale akurat przechodziłem tędy, więc co panu szkodzi? – tłumaczy potencjalny pasażer.
Po kwadransie użerania się z niespotykanie upartym sprzedawcą odchodzi na na bok, po czym dzwoni do niego z komórki. Niestety, nic to nie daje.
– Przecież wiem, że to pan! Poznaję. Proszę wrócić do domu i stamtąd zadzwonić – słyszy w słuchawce.
Nie ma to jak trzeźwa ocena sytuacji.
Ta austriacka bywa czasami irytująca. Wolę chyba rosyjską. Hm… trochę mniej trzeźwą. Kilka godzin przed meczem Rosja – Grecja
w Salzburgu. Przybysze ze Wschodu zwiedzają piękne miasto Mozarta. Podziwiają, robią zdjęcia. Prawie wszyscy.
– Pasmatrij, kak tu priekrasnie – mówi rosyjski kibic do jednego ze swoich kompanów.
– Ja uże niciewo nie wiżu – cedzi tamten, ledwo trzymając się na nogach…