R. Jabłoński: Precedensy już nastapiły. Teraz pokażę wam drogę!
Ponieważ wchodzę już w lata, postanowiłem pozostawić po sobie trwały ślad. Na przykład zmienić Europę. Przyznacie, że to dobry pomysł. Ludzie emigrują, osiedlają się w nowych miejscach, budują śmietniki; to dlaczego nie mieliby mieć swego państwa? Proponuję więc korekty na mapie.
W takim Londynie tłum Polaków siedzi na Ealingu i w South Kensington; i to nie od wczoraj. Prawo Angoli do tej ziemi wygasa, więc z części tego gigantycznego miasta może by tak wykroić coś dla nas? To dzisiaj modne. W moje ślady pójdą Turcy w Niemczech. Bo ich jest tam pełno, a już kiedyś próbowali osiedlić się pod Wiedniem.
Wtedy był on stolicą Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Z Rzymianami Niemcy nie mieli kłopotu, gdyż ich tam nie było. Za to mieszkało wielu Polaków. Mam w domu stronę z książki telefonicznej Berlina z lat 30. Połowę tej kartki zajmują – Jablonsky, jedni z von, inni bez. Skoro rodzina wtedy tam mieszkała… Na razie jednak zmilczę.
Mama przyszła na świat w Niżnym Nowogrodzie. Na wschód od Moskwy. Ale bez przesady. Polaków tam było mało, a i dziś niewiele. Więc nie ma komu żądać niepodległości. Za to mamy prawa do Tobago. Jakby ktoś nie wiedział – wyspa na Karaibach. Ciepło, miło i przytulnie. Za czasów szwedzkiego potopu była kolonią Kurlandii. A ta lennem rzeczypospolitej. Mamy więc prawo jak cholera.
Trzeba wysłać kilka wycieczek, osiedlić naszych bezrobotnych i zażądać uznania za niezależne państwo. Przed ostatnią wojną nie udało się nam skolonizować Madagaskaru, więc teraz takie Tobago z biało-czerwoną… Ideał.
Że niby coś mi się w głowie zepsuło? A skądże. Właśnie w Europie otwarto puszkę Pandory. Przez lata do jednego kraiku wpychali się emigranci z sąsiedniego. Lubili bzykać, a skoro na miejscu rodziły się dzieci, to mają teraz prawo do ziemi. Tak się przynajmniej komuś wydaje.
W tym momencie poczułem lód na plecach, bo za ścianą mojego mieszkania pojawił się właśnie mały Wietnamczyk. Wyobrażacie sobie, że oni mogli zażądać niepodległości Stadionu Dziesięciolecia? Ale uratowała nas piłka nożna. I nie zdołałano oderwać tej góry gruzów od macierzy.
Historia uczy, że dla chwilowego świętego spokoju popełniane są największe polityczne świństwa. Kto nie chadzał na wagary, wie, o czym mówię. A reszta niech zajrzy do internetu. Teraz też wielu marzy o Europie Świętego Spokoju. Marzą nie tylko lokalni politycy, ale i Amerykanie. Więc mam pomysł.
Skoro oni znoszą wszystkim wizy, tylko nie nam, powinniśmy znaleźć skuteczne rozwiązanie. Popatrzmy na Chicago; jest tam dzielnica zwana Jackowem. Rodacy nieznający angielskiego przyjeżdżają na całe dziesięciolecia, potem wracają do kraju i dalej nie potrafią po angielsku. Bo w Chicago mówi się po polsku. Niech ci z Waszyngtonu wyciągną odpowiednie wnioski.
Albo dla świętego spokoju zniosą te wizy, albo za sto lat Polacy postawią mi pomnik. Bo właśnie żądam – niepodległości dla Chicago! Niech żyje wolne Jackowo!