I Kraj: Prywatyzacja spółek jak panna na wydaniu

ikraj4.jpg“I chciałabym. I boję się” – według tych słów piosenki Mariana Hemara postępowali dotąd stołeczni radni i urzędnicy w sprawach prywatyzacji miejskich spółek.

Pierwsi przy każdej możliwej okazji krytykowali drugich, że nie sprzedają majątku. Ale gdy już mieli sami podjąć decyzję, zawsze pojawiało się mnóstwo wątpliwości. Tak było w 2003 r., gdy ekipa prezydenta Lecha Kaczyńskiego przedstawiła listę firm do prywatyzacji. Radni tak się jej wystraszyli, że zablokowali proces na całą kadencję. Ale już po wyborach, gdy prezydentem została Hanna Gronkiewicz-Waltz znów wróciły pytanie: co z tą prywatyzacją? Po co miastu firmy zajmujące się budownictwem, deweloperką czy usługami taksówkowymi? Dlaczego miejskie spółki wciąż służą za synekury dla politycznych protegowanych? Prezydent zapowiadała miliony wpływów do miejskiej kasy, debiuty firm na giełdzie. A tymczasem wciąż samorząd ma większość udziałów w prawie 30 przedsiębiorstwach i po kilka w 20 innych. Przez dwa lata udało się urzędnikom sprzedać zaledwie kilka udziałów. Teraz „transakcją kadencji” ma być sprzedaż SPEC. Nie wierzę, że w tej kadencji to się uda. Bo już słyszę te wątpliwości: czy nie łatwiej i bezpieczniej jest najpierw sprzedać mniej strategiczne spółki? A w uszach znów brzmi Hemar: „Chciałabym. I boję się”.

Dodaj komentarz

Komentarze zawierające sformułowania agresywnie obraźliwe (nawet wobec polityków) nie mają szans na publikację.