Marek Gaszyński: Sen o Warszawie
Pewien młody dziennikarz zadał mi kiedyś pytanie: Dlaczego Warszawa w tekście pana piosenki jest taka ładna, barwna, kolorowa. Przecież były to szare lata socjalizmu? Odpowiedziałem, że rzeczywiście tak było, ale nas cieszyła młodość.
Radości i optymizmu dodawały nam kolorowe sukienki dziewczyn, muzyka kolorowych zespołów (Niebiesko i Czerwono-Czarnych, Czerwonych Gitar, Akwarel). To sprawiało, że patrzyliśmy na świat pozytywnie. Już w latach 60. Warszawa była stolicą polskiego show-biznesu. Raczkującego, nieporadnego, „paszoł businessu“ – jak mówił o nim Niemen. Tu mieściła się jedyna firma fonograficzna Polskie Nagrania, tu było Polskie Radio ze studiami nagraniowymi. Muzycy bigbeatowego pokolenia z jednej strony chcieli tu mieszkać, z drugiej strony trochę ich przerażało warszawskie tempo. Zdecydowało się na nie niewielu: Niemen, Krajewski, Frąckowiak. Reszta pomieszkiwała w hotelach. Drugiej kategorii – bo na pierwszą nie było muzyków stać – takich jak Dom Chłopa i MDM. Ach te makatki słomiane, picassy, słoneczniki, wyplatane foteliki, sala restauracyjna z zastawkami… Ach ten kelner, który tam był królem, zwłaszcza wobec jakiegoś muzyka bigbeatowego w skórze i jeansach. Bo muzycy nie byli wtedy w wielkim poważaniu, nikt nie sądził, że ich piosenki przetrwają dłużej niż pół roku, a tu przetrwały już niemal pół wieku.
Teraz frapują mnie te wszystkie wspaniałe hotele, które stają się niemal samodzielnymi organizmami miejskimi ze sklepami, z restauracjami, salami, księgarniami. Bardzo lubię bywać w Hiatach i Mariottach, bo wówczas natychmiast przypomina mi się inny świat – wspomniany Dom Chłopa czy Novotel na Żwirki i Wigury. W tym ostatnim spędzałem wiele czasu, bo przez lata jeździłem fiatami.
A fiaty często się psuły i trzeba je było reperować w serwisie samochodowym właśnie na Żwirki i Wigury. O części było trudno, ale każdy z nas miał „swojego“ mechanika, który mu te części kombinował. I ja miałem Wojtka. Jechałem do serwisu, Wojtek mówił, żebym poczekał dwie godzinki w Novotelu, i po czterech dzwonił, że przewód, że cięgło do sprzęgła, że zawleczka. Każdy z nas miał też swojego człowieka na stacji benzynowej – mój, pan Andrzej, za kasety Judas Priest czy Saxon dawał kanister benzyny, który potem czekał na balkonie. Z kolei na Piwnej była pewna energiczna rzeźniczka, zawsze w fartuszku ociekającym krwią, fanka Julio Iglesiasa. Za kasety tego wykonawcy było mięso bez kości, paróweczki, szynka. Przysmak stanowiły puszki z tuszonką, ale mistrzem od ich „kombinowania“ był mój przyjaciel Janek, największy w Warszawie specjalista od Presleya…
Na koniec wracam do współczesnej Warszawy. Najchętniej do Pyr, gdzie siedzę i piszę moje książki. Tu, przy Lesie Kabackim, mieszka się miło i wygodnie, choć nie ma żadnej infrastruktury – ani kulturalnej, ani handlowej. Umierają małe sklepiki w bliskiej obecności Auchan, Reala i Tesco, nie ma kin, żadnego centralnego punktu, małego ryneczku z kawiarnianymi stolikami, gdzie starsi panowie mogliby pograć w brydża (przecież nie będziemy spotykali się w galeriach handlowych). By ukulturalnić Ursynów i jego okolice, założyliśmy Klub Inteligencki Stajnia. Nie mamy własnej siedziby, więc przesiadujemy w miłej restauracji Stajnia na ulicy Nowoursynowskiej. Aktorzy, literaci, krytycy, dziennikarze. Czytamy wiersze i prozę, wymyślamy akcje i wspominamy starą Warszawę. Tę z lat 6o. i 7o.