Archiwum dla ‘Izabela Kraj’ Kategoria

I. Kraj: Prawdziwe Święto Warszawy

1 sierpnia 2008

ikraj.jpgZ roku na rok coraz mocniej czuję, że rocznica Powstania Warszawskiego staje się prawdziwym świętem miasta. Nie świętem zabawy, skocznej muzyki czy tańca. Ale refleksji i pamięci o historii.

Poprzednie Święto Warszawy przypadało 21 kwietnia, ale oprócz historyków nikt nie wiedział, dlaczego akurat ta data się nie przyjęła. Dlatego siedem lat temu radni zdecydowali, że 1 sierpnia jest Dniem Pamięci Warszawy. Z premedytacją nie użyli słowa „święto“, by uniknąć atrgumentu: „święto kojarzy się z radością, a z czego się tu cieszyć!“.

A tu proszę – wystarczyło kilka lat i święto narodziło się samo. Ze zwyczajnej społecznej potrzeby, niezależnie od urzędniczych decyzji. Dla miasta nie ma nic piękniejszego. Tylko wykorzystać tę atmosferę i budować więź, poczucie dumy i lokalnej tożsamości. Zwłaszcza, że Powstanie zaczyna być obchodzone coraz szerzej. Z jednej strony obserwujemy, że wielu turystów zjeżdża do stolicy specjalnie „na powstanie“ (jak do Gdańska na jarmark dominikański a do Sopotu na festiwal piosenki), z drugiej – w innych miastach 1 sierpnia też staje się ważną datą. Widac to choćby po lokalnych gazetach – wiele z nich zrobiło czołówki właśnie z obchodów Powstania.
Bądźmy dumni, że mamy takie święto. I że tego dnia wielu Polaków utożsamia się z Warszawą.

I. Kraj, K. Majszyk: Scenariusze dla metra

23 lipca 2008

ikraj.jpgmajszyk1.jpgCzy powinno się budować metro za 6 mld zł, jeśli niezależni eksperci wycenili tę inwestycję na 2,8 mld zł? Czy Warszawę stać, by budować metro drożej niż w Amsterdamie, Dublinie i Moskwie?

Pewnie – gdybyśmy zacisnęli pasa – tak, ale wtedy wysłalibyśmy w świat sygnał, że Warszawę można „doić” na inwestycjach przed Euro 2012. Dlatego za kilka dni prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz ogłosi zapewne unieważnienie przetargu na drugą linię metra. To porażka – wszak w kampanii wyborczej metro warszawiakom obiecała. Teraz spróbuje jak najszybciej ogłosić kolejny przetarg. Jednak nie ma żadnych gwarancji, że w tym nowym będzie taniej.

Czy ratusz zrobił wszystko, żeby wyczekiwana inwestycja w końcu się zaczęła? Kilku niezależnych ekspertów od zamówień publicznych sugerowało nam, że jednak nie. Możliwych jest kilka wariantów.

1. Scenariusz pierwszy: błędy w ofertach. Skoro szef komisji przetargowej oficjalnie nie wskazał jeszcze zwycięzcy, komisja przetargowa może jeszcze na tym etapie „wynaleźć” błędy w ofertach, unieważnić je, i – bez powtarzania całego przetargu – przejść znowu do negocjacji z firmami ubiegającymi się o kontrakt. Choć nieoficjalnie eksperci przyznają, że istnieje taka furtka (przy całkowitym braku protestów oferentów), urzędnicy kategorycznie takie rozwiązanie odrzucają.

2. Scenariusz drugi: drakońskie kary. Miasto decyduje się na podpisanie umowy za 6 mld zł, bo wie, że 45-miesięcznego terminu i tak nie uda się dotrzymać (wykonawcy wliczyli w oferty przetargowe ponad miliard złotych kar – i to m.in. dlatego jest tak drogo). Po 2012 roku miasto ściąga więc z żelazną konsekwencją od budowniczych kary za opóźnienie, odzyskując tym samym pieniądze podatników. Koszty budowy topnieją poniżej 5 mld zł. Zagrożenie dla tego wariantu: nie wiadomo, kto będzie wtedy prezydentem miasta i czy zrealizuje plan do końca.

3. Scenariusz trzeci: aneks „w dół”. Metro może podpisać umowę z wybranym w przetargu wykonawcą za proponowane 6 mld zł, ale już na wstępie zażądać jednocześnie aneksu obniżającego koszty np. co najmniej o miliard – ten wliczony przez wykonawców na poczet kar. To byłby inwestycyjny szantaż: zarabiasz mniej albo wcale. Byłby to też precedens, bo w Polsce aneksy podpisuje się zazwyczaj po cichu i raczej windując ceny. Ale eksperci przyznają: – Czysto teoretycznie taka opcja jest możliwa.

To tylko trzy scenariusze. Być może ryzykowne, ale pokazujące, że są inne rozwiązania niż unieważnienie przetargu. Takie scenariusze wymagałyby jednak od urzędników ruszenia głową i operatywności. Prościej jest przetarg skasować i ogłosić od nowa. Nawet jeśli oznacza to rok kolejnych procedur i czekania z nadzieją, że oferty, które padną ponownie, będą niższe niż teraz. Dlaczego nie muszą być niższe? Bo wykonawcy mają świadomość, że jeśli nie Euro 2012, kolejną cezurą dla władz miasta ma być rok 2013. Do tego czasu trzeba wykorzystać unijną dotację (choć rozliczać ją można do 2015 r.). Nowe procedury oznaczają więc, że metro powstanie najwcześniej za kilka lat (albo wcale).

I. Kraj: Nie grozi nam inwazja blaszanych baraków

17 lipca 2008

ikraj.jpgNie obawiam się zalewu Warszawy przez kolejne hipermarkety, choć legły w gruzach plany polityków, by zaostrzyć zasady ich budowania. Nie wróżę też bankructwa właścicielom małych sklepów. W końcu po świeże mięso, chleb czy ser nie biegamy codziennie do supermarketu.

Ciągle lubimy małe osiedlowe sklepiki ze znajomym – byle miłym i uczciwym – sprzedawcą. Dla nich więc lepiej, że nowe przepisy okazały się niekonstytucyjne, bo paradoksalnie ustawa, która miała chronić interesy małych przedsiębiorców przed gigantami – zaczęła działać przeciwko nim. Właściciele hipermarketów szybko dostrzegli lukę i zaczęli wykupywać mniejsze sklepy. Dla zwykłego spożywczaka było to  groźniejsze niż jeden wielki market w sąsiedztwie. Teraz fakt, że hipermarket musi być traktowany jak każda inna budowa, nie oznacza wcale, że Warszawę zaleje fala blaszaków w stylu Real na Pradze czy Auchan na Ursynowie. Po pierwsze – dziś powstają nieco subtelniejsze w wyglądzie galerie. Po drugie – urzędnicy już raczej zgody na architektonicznego potwora by nie wydali. Po trzecie – to rynek decyduje, czy jest jeszcze miejsce dla nowego dużego sklepu (a w centrum wydaje się nasycony). I po czwarte – samorząd wciąż ma w ręku skuteczne narzędzie: plany zagospodarowania. Tam jest miejsce na wytyczne, co gdzie budować. Dobre plany wymagają jednak mądrej władzy o wyobraźni sięgającej dziesięcioleci. A to rzadka zaleta.

Izabela Kraj: Cudowne uzdrowienie służby zdrowia

14 lipca 2008

ikraj.jpgNareszcie wiceprezydent Jarosław Kochaniak zdecydował się wyjawić samorządowo-lekarskiemu światkowi swój superplan uleczenia stołecznej służby zdrowia. Mówiło się o nim od kilku miesięcy, ale wciąż owiany był tajemnicą. Wczoraj prezydent nazwał go chwytliwie „Dobrą opieką zdrowotną”. Czy rzeczywiście będzie dobra?

Na razie dobre jest już to, że są tezy, z którymi można dyskutować. Niektórzy wątpili, że prezydent odważy się je ogłosić, bo działacze krajowi Platformy niechętnie patrzą na „warszawskie innowacje”. Niektórzy nawet wróżyli, że Kochaniak nie doczeka miesiąca na stanowisku, jeśli publicznie zaprezentuje projekt.
Prezydent jednak przedstawił swój plan. Roztoczył wizję spółki, która ma być lekiem na wszelkie zło, jeśli szpitale poczują się jak firmy i do niej przystąpią. Wtedy przestaną mieć długi, znajdą się pieniądze na podwyżki dla lekarzy, a pacjenci zyskają lepszą obsługę medyczną. Cud? Niekoniecznie. To tylko odważny i nowatorski plan, dotąd w Polsce niestosowany w takiej skali. Przez to nieprzewidywalny i budzący obawy. Ale dlatego właśnie może się udać, jeśli samym urzędnikom nie zabraknie siły przekonywania do tej rewolucji. Bo jak każda wielka zmiana, „Dobra opieka…” będzie mieć przeciwników – i wśród dyrektorów szpitali, którzy niechętnie pożegnają się z samodzielnością, i samorządowców, którzy będą krzyczeć o centralizacji władzy. Wizja prezydenta byłaby bardziej przekonująca, gdyby poparł ją liczbami. A analiz ekonomicznych zabrakło. Pozostały zgrabne tezy, które mogą utonąć w politycznym wodolejstwie.

I Kraj: Prywatyzacja spółek jak panna na wydaniu

30 czerwca 2008

ikraj4.jpg“I chciałabym. I boję się” – według tych słów piosenki Mariana Hemara postępowali dotąd stołeczni radni i urzędnicy w sprawach prywatyzacji miejskich spółek.

Pierwsi przy każdej możliwej okazji krytykowali drugich, że nie sprzedają majątku. Ale gdy już mieli sami podjąć decyzję, zawsze pojawiało się mnóstwo wątpliwości. Tak było w 2003 r., gdy ekipa prezydenta Lecha Kaczyńskiego przedstawiła listę firm do prywatyzacji. Radni tak się jej wystraszyli, że zablokowali proces na całą kadencję. Ale już po wyborach, gdy prezydentem została Hanna Gronkiewicz-Waltz znów wróciły pytanie: co z tą prywatyzacją? Po co miastu firmy zajmujące się budownictwem, deweloperką czy usługami taksówkowymi? Dlaczego miejskie spółki wciąż służą za synekury dla politycznych protegowanych? Prezydent zapowiadała miliony wpływów do miejskiej kasy, debiuty firm na giełdzie. A tymczasem wciąż samorząd ma większość udziałów w prawie 30 przedsiębiorstwach i po kilka w 20 innych. Przez dwa lata udało się urzędnikom sprzedać zaledwie kilka udziałów. Teraz „transakcją kadencji” ma być sprzedaż SPEC. Nie wierzę, że w tej kadencji to się uda. Bo już słyszę te wątpliwości: czy nie łatwiej i bezpieczniej jest najpierw sprzedać mniej strategiczne spółki? A w uszach znów brzmi Hemar: „Chciałabym. I boję się”.

I.Kraj: O co lewicy z podwyżkami chodzi?

26 czerwca 2008

ikraj4.jpgMa bronić słabszych i uciśnionych, biednych i mniejszości – lewica zawsze miała na sztandarach hasła socjalne. A w stolicy? SLD przypomniało sobie, że jest lewicą przy okazji kolejnych podwyżek. Tylko czy rzeczywiście ze szlachetnych pobudek obrony interesów tych najbiedniejszych?

Lewica współrządzi z Platformą w Warszawie już drugi rok, ale nie udało jej się przeforsować żadnego ważnego autorskiego pomysłu. Pozostał więc sprzeciw wobec propozycji PO. Po raz pierwszy Sojusz dobitnie przypomniał o sobie partnerowi przy okazji planowania podwyżki cen za bilety autobusowe i tramwajowe. Bronił interesów 70 proc. warszawiaków, którzy korzystają z komunikacji miejskiej. I był sukces. Udało się ją na chwilę zablokować i obniżyć. Podobny manewr zastosowano więc przy cenach za parkowanie. Tylko czyich interesów tym razem broniono? Właścicieli samochodów czyli swoich? Tylko przypadkowo sprzeciw wobec podwyżce do 3 zł za godzinę postoju radni SLD wygłosili kilka dni przed zjazdem, na którym wybierali lokalne władze Sojuszu. A tam posłowie wychwalali warszawskich szefów, jacy skuteczni i jak bardzo powinni podkreślać odrębność od PO. Dziś – już po partyjnych wyborach – zgoda SLD na 3 zł będzie. Ale pozostaje jeszcze jedna podwyżka – czynszów. Znów Platforma usłyszała weto. Tylko kogo tym razem broni lewica skoro najbiedniejsi na zmianach zasad mają nawet zyskać?

I. Kraj: Warszawiaku, nie choruj w wakacje!

24 czerwca 2008

ikraj4.jpgMyślałam, że w służbie zdrowia gorzej już być nie może. A jednak. Gorsze od beznadziejnej normalności w stołecznych szpitalach mogą być… wakacje.

Przez cały rok placówki pracują tak, jakby miały non stop ostry dyżur. O tym, że brakuje lekarzy, że grozi zamknięcie oddziałom, że czeka się w kolejkach do badań i na operacje, słyszymy codziennie. A teraz dochodzą wakacyjne remonty i urlopy. Trudno mieć o to pretensje – kiedyś te remonty trzeba przecież zrobić, a lekarze – też ludzie i muszą odpocząć. Nienormalna jest jednak sytuacja, że urlop jednego medyka powoduje, iż wali się cały oddział (jak porodówka na Solcu) i trzeba go zamknąć. A gdy jeden szpital nie chce pełnić dyżurów (znów Solec), to wali się cały system opieki w stolicy.

I co ma zrobić pacjent, któremu jednak zdarzy się zachorować czy rodzić w wakacje? Uciekać za Warszawę? Płacić i leczyć się prywatnie? Słaba to rada. Niestety, lepszej nie mają stołeczni urzędnicy. Wciąż tylko mówią, że próbują znaleźć wyjście z sytuacji. Z niecierpliwością czekam na superplan zmian w szpitalach, zapowiadany przez wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka. Ale nie bez obaw. Bo skoro dotąd nie znalazł się nikt mądry, by ten węzeł gordyjski przeciąć, to czy nagle się taki trafi? A może nie trzeba wymyślać superplanu, tylko po prostu budować Szpital Południowy – będzie jeden więcej do dyżurów.

I. Kraj: Widowisko będzie jakby nigdy nic…?

19 czerwca 2008

ikraj3.jpgCo słychać na froncie walki o inscenizację historyczną „Mokotów ,44”, planowaną na sierpniową rocznicę Powstania Warszawskiego? W ubiegłym tygodniu urzędnicy zagrozili, że nie pozwolą na jej realizację (nie podobała im się stylistyka, niby scenariusz nudny, bo za dużo brutalności, i że 180 tys. zł to za drogo). Ale po artykułach „ŻW” zapowiedzieli negocjacje.

Spotkanie z grupą rekonstrukcyjną miało być wczoraj na miejscu widowiska, przy pałacu Szustra. I… pojawił się jeden urzędnik, zresztą ten od początku przychylny inscenizacji. Żadnych zmian w scenariuszu, obiekcji, krytyki. Jakby nigdy nic grupa ma zacząć próby. Więc o co chodziło? Scenariusz „A” – władzom zrobiło się głupio pozbawiać warszawiaków atrakcji i łagodzą sytuację. Scenariusz „B” – jest im wszystko jedno. Ale mają chytry plan, by pokazać, kto tu rządzi. Dali organizatorom wolną rękę, zgodnie z intencją: „Nie wtrącamy się. Niech robią, jak chcą. A jak będzie klapa, wyjdzie na nasze”. Ufam, że tak bezduszni nie są. Ale rada dla autorów widowiska: ciekawie ma być!

Izabela Kraj: Najbardziej irytuje nieświadomość

13 czerwca 2008

ikraj2.jpgRęce mi opadły i nie wiem, na kogo mam się złościć bardziej. Czy na MPWiK, które za trzy tygodnie znienacka zacznie mi zabierać z kieszeni 33 procent więcej za wodę i ścieki, czy na stołecznych radnych (Platformy, PiS i SLD po równo!), którzy doprowadzili do tego, że podwyżka jest niezapowiadaną wcześniej niemiłą niespodzianką.

Bo skoro sprawa podwyżki nie była omawiana ani na komisjach, ani na sesji stołecznego samorządu, mieszkańcy nie mieli szans dowiedzieć się, dlaczego będzie tak wysoka.

Nie wiedzą, na co pieniądze mają pójść i kiedy mają spodziewać się następnej. Takie praktyki w stołecznej demokracji już dawno się nie zdarzały i myślałam naiwnie, że czasy tajemnic się skończyły. Ale widocznie wciąż lepiej jest postawić ludzi przed faktem dokonanym. Nie zdążą krzyknąć: protestujemy! Ale raczej zapamiętają ten afront do następnych wyborów.

Izabela Kraj: Wciąż Warszawa ma nie drażnić lwa?

10 czerwca 2008

ikraj1.jpgW tym roku budżet państwa nie dołożył do budowy metra ani złotówki. Za to Warszawa do budżetu państwa dołożyła ponad 600 mln zł tzw. janosikowego (podatek bogatych samorządów na rzecz biednych). Rok temu niewiele mniej. W przeliczeniu na mieszkańca – warszawiak płaci 375 zł tej daniny, poznaniak – 100 zł, a wrocławianin – 48 zł.

Apele stołecznych samorządowców do rządu, by chociaż przed Euro 2012 zawiesić dla stolicy ten haracz i przeznaczyć pieniądze na inwestycje przygotowujące miasto do mistrzostw – spełzły na niczym. A i ratusz zbytnio nie zabiegał, w imię zasady „nie drażnić lwa“. Nawet wczoraj, gdy pytałam urzędników z PO, czy będą lobbować w rządzie i Sejmie o pieniądze na drugą linię metra, usłyszałam: „Spróbujemy. Ale lepiej na razie ciszej, bo antywarszawski lew zaryczy“. Ale może chociaż tym razem „król lew“ pomoże? Premier Donald Tusk, jako poseł PO z Warszawy, ma nie lada okazję, by wykazać troskę o swój obecny okręg wyborczy. Bo sytuacja – jak nigdy dotąd – podbramkowa. Jeśli budowa metra nie zacznie się przed Euro 2012, to nie zacznie się nigdy. Czy to jednak zrobi wrażenie na posłach i ministrach spoza stolicy?

Izabela Kraj: Czarny tydzień władz Warszawy

7 czerwca 2008

ikraj1.jpgNie był to dobry tydzień dla Hanny Gronkiewicz-Waltz i jej podwładnych. Chyba najgorszy od początku kadencji. Co chwilę zdarzało się coś, co irytowało warszawiaków i wywoływało krytykę. Czarna seria zaczęła się od bałaganu z podwyżką cen biletów – kolejki, brak nowych kartoników w kioskach. Warszawiacy byli wściekli na nieudolną organizację przedsięwzięcia.

Później pomysł sprzedania kawałka parku Świętokrzyskiego pod wieżowiec i fala oburzenia architektów, urbanistów, ekologów.

Wreszcie piątkowy fatalny finał przetargu na drugą linię metra z wyśrubowanymi cenami (prawie 6 mld zł zamiast spodziewanych 3 mld), który pozbawia złudzeń, że choć przed Euro 2012 coś da się zbudować. I na dodatek właśnie teraz pojawiły się dwa rankingi oceniające przychylność stolicy dla przedsiębiorców. I w obu Warszawa znalazła się na szarym końcu, m.in. dlatego że nie ma tu planów zagospodarowania, dobrych dróg czy… metra. Urzędnicy wciąż powtarzają, że to żniwo zaniechań poprzedników. Ale ekipie Hanny Gronkiewicz-Waltz kończy się już kredyt zaufania. Zaczyna się czas rozliczania z jej własnych decyzji. I przetarg na metro jest tego przykładem. Sposób, w jaki pani prezydent – spec od finansów – poradzi sobie z brakiem w kasie miasta 3 miliardów na tę najbardziej oczekiwaną przez warszawiaków inwestycję, będzie sprawdzianem jej operatywności.

Izabela Kraj: Pięć za promocję, dwója za realizację

2 czerwca 2008

ikraj.jpgOd kilku tygodni z prasy, radia i telewizji mieszkańcy mieli okazję usłyszeć o podwyżce cen biletów w warszawskiej komunikacji. Bombardowani byli ulotkami w autobusach i tramwajach jeszcze w sobotę i niedzielę. Na brak informacji narzekać więc nie mogli. Za kampanię reklamową zatem Zarządowi Transportu Miejskiego należy się piątka. Ale jak zwykle coś przy tym musiało być na dwóję. I oczywiście było – cała reszta.
W sobotę i niedzielę kupienie biletu przyprawiało o irytację. W kioskach – tylko jednorazowe po starych cenach. Nowych jeszcze nie ma. Starych dobowych, trzydniowych, tygodniowych – już brak. U kierowców w autobusach i tramwajach – pojedyncze sztuki. Na stacjach metra – żadnych (automaty nie działają).

Czy naprawdę tak trudno zaplanować coś, co odbywa się raz na sześć lat?! Czyżby urzędnikom skupionym na kampanii informacyjnej zabrakło energii, by pomyśleć, że bilety kupuje się także przed podwyżką?
O braku wyobraźni może świadczyć też fakt, że ZTM zaproponował kioskarzom niższą niż dotąd marżę za sprzedaż biletów. A jeśli przestaną je sprzedawać, ciekawe, co wzrośnie szybciej: wpływy z podwyżki czy statystyki nieściągniętych kar za jazdę na gapę.

Izabela Kraj: Bat na dłużników potrzebny od zaraz

8 maja 2008

ikraj.jpgPłacę mandat, gdy zaparkuję nielegalnie. Płacę  – gdy zdarzy mi się jechać na gapę i złapie mnie kanar. Zapłaciłabym nawet za noc w izbie wytrzeźwień, gdybym tam jakimś cudem trafiła. Ale jest w stolicy spore grono tych, co nie płacą – mandatów, czynszu, podatków na rzecz miasta…

Choć nawet ich na to stać. Wychodzą z założenia, że płacić nie muszą, bo nic im za to nie grozi. I prawdopodobieństwo, że zostaną ukarani, jest nikłe. W gąszczu przepisów, procedur sądowych i komorniczych urzędnicy nie są w stanie ściągnąć 70 procent należności. Efekt tego poczucia bezkarności jest dość przerażający: w kasie ratusza jest o miliard złotych mniej niż powinno! A miliard mniej odbija się na kieszeni tych, co płacą. Więc między innymi na mnie. A dlaczego mam ponosić konsekwencje czyiś długów?! Jako karnie płacący obywatel tego miasta życzę sobie bata na dłużników. Skutecznego – takiego, jakim dla banków okazał się Centralny Rejestr Dłużników. Bo ci, którzy ignorują czynsz, w tym czasie kupują sobie telewizor plazmowy, sprzęt do kuchni czy nowe meble. Na kredyt. Ten już spłacą, bo żaden bank im nawet kilku dni zwłoki nie daruje. Dlaczego więc dług komercyjny jest wciąż pilniej i skuteczniej egzekwowany od długu wobec miasta czyli sąsiadów?

I. Kraj: Zawoalowane „nie” dla kupców z KDT

10 kwietnia 2008

ikraj.jpgNareszcie – westchnęłam, gdy wczoraj władze miasta odmówiły kupcom wieloletniej dzierżawy gruntu przy placu Defilad. Dlaczego? Bo nie uważam za słuszne przekazywania bez przetargu atrakcyjnego terenu w centrum miasta jednej uprzywilejowanej grupie zawodowej. Obojętne, kupcom czy np. towarzystwu miłośników zwierząt.

I doceniam ten ruch, bo sprzeciwienie się silnemu w Warszawie lobby przedsiębiorców wymagało ze strony Hanny Gronkiewicz-Waltz sporej determinacji i odwagi, zwłaszcza że Platforma Obywatelska uchodzi za partię sprzyjającą temu środowisku.

Ale zaraz po tej euforii przyszły wątpliwości. Odwaga to czy raczej sprytne lawirowanie ze strachu przed powiedzeniem kupcom z KDT: „Nie chcemy was przy pl. Defilad“? Wtedy byłoby uczciwiej. Bo wiadomo, że handlarzy skarpetkami z obecnego baraku KDT nie będzie stać na lokal w eleganckim budynku. A tylko taki dom towarowy wyobrażam sobie w nowym centrum miasta. Kupcy mają więc prawo czuć się oszukani, bo obiecywano im co innego. Jeśli pójdą na wojnę z miastem i nie opuszczą obecnych miejsc pracy, przez kolejne lata przed PKiN zamiast planowanego tam Muzeum Sztuki Nowoczesnej będziemy podziwiać blaszany pawilon. I obym była złym prorokiem.

I. Kraj: Interes miasta – czyli czyj?

31 marca 2008

ikraj2.jpgKierowcy, którzy codziennie utykają w korku przy Płowieckiej i Marsa mają prawo kląć siarczyście na widok jednego autokomisu, który mijają. Gdyby go nie było, mknęliby bezkolizyjnymi estakadami. W interesie kierowców jest więc, by urzędnicy jak najszybciej wywłaszczyli właścicieli działki, która od lat blokuje inwestycję i by te estakady jak najszybciej powstały.

W interesie właścicieli tej zawalidrogi jest zaś wyciągnięcie od ratusza godziwego odszkodowania. Bo skoro w latach 90. urzędnicy pozwolili im budować autokomis, to dlaczego teraz oni, czyli właściciele, mają na tym stracić. A w interesie ratusza jest mieć drogę i zapłacić jak najmniej. Czy te interesy są do pogodzenia? Może byłyby w Londynie czy Berlinie, gdzie buduje się dużo i szybko. Ale w Warszawie podejmowanie decyzji idzie bardzo opornie. Latami ciągnie się spór o budynek na środku ul. Powstańców Śląskich, który jezdnia, mocno zwężona, musi omijać łukiem. Z podobnych powodów dotąd nie można było poszerzyć ul. Modlińskiej. Teraz ratusz ma w ręku specustawę, która interes publiczny stawia ponad prywatny i pozwala urzędnikom wywłaszczać właścicieli nieruchomości blokujących inwestycje. W przypadku Modlińskiej już zadziałała – właściciel działki został zmuszony do opuszczenia jej, a o większe odszkodowanie może walczyć w sądzie. Czy przy komisie przy Płowieckiej też potrzeba tak drastycznych narzędzi? Kierowcom metody są obojętne. Liczy się czas. Bo ten stracony w korkach da się przeliczyć na realne pieniądze. Tylko kierowcy nie mają szans na odszkodowanie za tę stratę.