Archiwum dla ‘Izabela Kraj’ Kategoria

Izabela Kraj: Najbardziej irytuje nieświadomość

13 czerwca 2008

ikraj2.jpgRęce mi opadły i nie wiem, na kogo mam się złościć bardziej. Czy na MPWiK, które za trzy tygodnie znienacka zacznie mi zabierać z kieszeni 33 procent więcej za wodę i ścieki, czy na stołecznych radnych (Platformy, PiS i SLD po równo!), którzy doprowadzili do tego, że podwyżka jest niezapowiadaną wcześniej niemiłą niespodzianką.

Bo skoro sprawa podwyżki nie była omawiana ani na komisjach, ani na sesji stołecznego samorządu, mieszkańcy nie mieli szans dowiedzieć się, dlaczego będzie tak wysoka.

Nie wiedzą, na co pieniądze mają pójść i kiedy mają spodziewać się następnej. Takie praktyki w stołecznej demokracji już dawno się nie zdarzały i myślałam naiwnie, że czasy tajemnic się skończyły. Ale widocznie wciąż lepiej jest postawić ludzi przed faktem dokonanym. Nie zdążą krzyknąć: protestujemy! Ale raczej zapamiętają ten afront do następnych wyborów.

Izabela Kraj: Wciąż Warszawa ma nie drażnić lwa?

10 czerwca 2008

ikraj1.jpgW tym roku budżet państwa nie dołożył do budowy metra ani złotówki. Za to Warszawa do budżetu państwa dołożyła ponad 600 mln zł tzw. janosikowego (podatek bogatych samorządów na rzecz biednych). Rok temu niewiele mniej. W przeliczeniu na mieszkańca – warszawiak płaci 375 zł tej daniny, poznaniak – 100 zł, a wrocławianin – 48 zł.

Apele stołecznych samorządowców do rządu, by chociaż przed Euro 2012 zawiesić dla stolicy ten haracz i przeznaczyć pieniądze na inwestycje przygotowujące miasto do mistrzostw – spełzły na niczym. A i ratusz zbytnio nie zabiegał, w imię zasady „nie drażnić lwa“. Nawet wczoraj, gdy pytałam urzędników z PO, czy będą lobbować w rządzie i Sejmie o pieniądze na drugą linię metra, usłyszałam: „Spróbujemy. Ale lepiej na razie ciszej, bo antywarszawski lew zaryczy“. Ale może chociaż tym razem „król lew“ pomoże? Premier Donald Tusk, jako poseł PO z Warszawy, ma nie lada okazję, by wykazać troskę o swój obecny okręg wyborczy. Bo sytuacja – jak nigdy dotąd – podbramkowa. Jeśli budowa metra nie zacznie się przed Euro 2012, to nie zacznie się nigdy. Czy to jednak zrobi wrażenie na posłach i ministrach spoza stolicy?

Izabela Kraj: Czarny tydzień władz Warszawy

7 czerwca 2008

ikraj1.jpgNie był to dobry tydzień dla Hanny Gronkiewicz-Waltz i jej podwładnych. Chyba najgorszy od początku kadencji. Co chwilę zdarzało się coś, co irytowało warszawiaków i wywoływało krytykę. Czarna seria zaczęła się od bałaganu z podwyżką cen biletów – kolejki, brak nowych kartoników w kioskach. Warszawiacy byli wściekli na nieudolną organizację przedsięwzięcia.

Później pomysł sprzedania kawałka parku Świętokrzyskiego pod wieżowiec i fala oburzenia architektów, urbanistów, ekologów.

Wreszcie piątkowy fatalny finał przetargu na drugą linię metra z wyśrubowanymi cenami (prawie 6 mld zł zamiast spodziewanych 3 mld), który pozbawia złudzeń, że choć przed Euro 2012 coś da się zbudować. I na dodatek właśnie teraz pojawiły się dwa rankingi oceniające przychylność stolicy dla przedsiębiorców. I w obu Warszawa znalazła się na szarym końcu, m.in. dlatego że nie ma tu planów zagospodarowania, dobrych dróg czy… metra. Urzędnicy wciąż powtarzają, że to żniwo zaniechań poprzedników. Ale ekipie Hanny Gronkiewicz-Waltz kończy się już kredyt zaufania. Zaczyna się czas rozliczania z jej własnych decyzji. I przetarg na metro jest tego przykładem. Sposób, w jaki pani prezydent – spec od finansów – poradzi sobie z brakiem w kasie miasta 3 miliardów na tę najbardziej oczekiwaną przez warszawiaków inwestycję, będzie sprawdzianem jej operatywności.

Izabela Kraj: Pięć za promocję, dwója za realizację

2 czerwca 2008

ikraj.jpgOd kilku tygodni z prasy, radia i telewizji mieszkańcy mieli okazję usłyszeć o podwyżce cen biletów w warszawskiej komunikacji. Bombardowani byli ulotkami w autobusach i tramwajach jeszcze w sobotę i niedzielę. Na brak informacji narzekać więc nie mogli. Za kampanię reklamową zatem Zarządowi Transportu Miejskiego należy się piątka. Ale jak zwykle coś przy tym musiało być na dwóję. I oczywiście było – cała reszta.
W sobotę i niedzielę kupienie biletu przyprawiało o irytację. W kioskach – tylko jednorazowe po starych cenach. Nowych jeszcze nie ma. Starych dobowych, trzydniowych, tygodniowych – już brak. U kierowców w autobusach i tramwajach – pojedyncze sztuki. Na stacjach metra – żadnych (automaty nie działają).

Czy naprawdę tak trudno zaplanować coś, co odbywa się raz na sześć lat?! Czyżby urzędnikom skupionym na kampanii informacyjnej zabrakło energii, by pomyśleć, że bilety kupuje się także przed podwyżką?
O braku wyobraźni może świadczyć też fakt, że ZTM zaproponował kioskarzom niższą niż dotąd marżę za sprzedaż biletów. A jeśli przestaną je sprzedawać, ciekawe, co wzrośnie szybciej: wpływy z podwyżki czy statystyki nieściągniętych kar za jazdę na gapę.

Izabela Kraj: Bat na dłużników potrzebny od zaraz

8 maja 2008

ikraj.jpgPłacę mandat, gdy zaparkuję nielegalnie. Płacę  – gdy zdarzy mi się jechać na gapę i złapie mnie kanar. Zapłaciłabym nawet za noc w izbie wytrzeźwień, gdybym tam jakimś cudem trafiła. Ale jest w stolicy spore grono tych, co nie płacą – mandatów, czynszu, podatków na rzecz miasta…

Choć nawet ich na to stać. Wychodzą z założenia, że płacić nie muszą, bo nic im za to nie grozi. I prawdopodobieństwo, że zostaną ukarani, jest nikłe. W gąszczu przepisów, procedur sądowych i komorniczych urzędnicy nie są w stanie ściągnąć 70 procent należności. Efekt tego poczucia bezkarności jest dość przerażający: w kasie ratusza jest o miliard złotych mniej niż powinno! A miliard mniej odbija się na kieszeni tych, co płacą. Więc między innymi na mnie. A dlaczego mam ponosić konsekwencje czyiś długów?! Jako karnie płacący obywatel tego miasta życzę sobie bata na dłużników. Skutecznego – takiego, jakim dla banków okazał się Centralny Rejestr Dłużników. Bo ci, którzy ignorują czynsz, w tym czasie kupują sobie telewizor plazmowy, sprzęt do kuchni czy nowe meble. Na kredyt. Ten już spłacą, bo żaden bank im nawet kilku dni zwłoki nie daruje. Dlaczego więc dług komercyjny jest wciąż pilniej i skuteczniej egzekwowany od długu wobec miasta czyli sąsiadów?

I. Kraj: Zawoalowane „nie” dla kupców z KDT

10 kwietnia 2008

ikraj.jpgNareszcie – westchnęłam, gdy wczoraj władze miasta odmówiły kupcom wieloletniej dzierżawy gruntu przy placu Defilad. Dlaczego? Bo nie uważam za słuszne przekazywania bez przetargu atrakcyjnego terenu w centrum miasta jednej uprzywilejowanej grupie zawodowej. Obojętne, kupcom czy np. towarzystwu miłośników zwierząt.

I doceniam ten ruch, bo sprzeciwienie się silnemu w Warszawie lobby przedsiębiorców wymagało ze strony Hanny Gronkiewicz-Waltz sporej determinacji i odwagi, zwłaszcza że Platforma Obywatelska uchodzi za partię sprzyjającą temu środowisku.

Ale zaraz po tej euforii przyszły wątpliwości. Odwaga to czy raczej sprytne lawirowanie ze strachu przed powiedzeniem kupcom z KDT: „Nie chcemy was przy pl. Defilad“? Wtedy byłoby uczciwiej. Bo wiadomo, że handlarzy skarpetkami z obecnego baraku KDT nie będzie stać na lokal w eleganckim budynku. A tylko taki dom towarowy wyobrażam sobie w nowym centrum miasta. Kupcy mają więc prawo czuć się oszukani, bo obiecywano im co innego. Jeśli pójdą na wojnę z miastem i nie opuszczą obecnych miejsc pracy, przez kolejne lata przed PKiN zamiast planowanego tam Muzeum Sztuki Nowoczesnej będziemy podziwiać blaszany pawilon. I obym była złym prorokiem.

I. Kraj: Interes miasta – czyli czyj?

31 marca 2008

ikraj2.jpgKierowcy, którzy codziennie utykają w korku przy Płowieckiej i Marsa mają prawo kląć siarczyście na widok jednego autokomisu, który mijają. Gdyby go nie było, mknęliby bezkolizyjnymi estakadami. W interesie kierowców jest więc, by urzędnicy jak najszybciej wywłaszczyli właścicieli działki, która od lat blokuje inwestycję i by te estakady jak najszybciej powstały.

W interesie właścicieli tej zawalidrogi jest zaś wyciągnięcie od ratusza godziwego odszkodowania. Bo skoro w latach 90. urzędnicy pozwolili im budować autokomis, to dlaczego teraz oni, czyli właściciele, mają na tym stracić. A w interesie ratusza jest mieć drogę i zapłacić jak najmniej. Czy te interesy są do pogodzenia? Może byłyby w Londynie czy Berlinie, gdzie buduje się dużo i szybko. Ale w Warszawie podejmowanie decyzji idzie bardzo opornie. Latami ciągnie się spór o budynek na środku ul. Powstańców Śląskich, który jezdnia, mocno zwężona, musi omijać łukiem. Z podobnych powodów dotąd nie można było poszerzyć ul. Modlińskiej. Teraz ratusz ma w ręku specustawę, która interes publiczny stawia ponad prywatny i pozwala urzędnikom wywłaszczać właścicieli nieruchomości blokujących inwestycje. W przypadku Modlińskiej już zadziałała – właściciel działki został zmuszony do opuszczenia jej, a o większe odszkodowanie może walczyć w sądzie. Czy przy komisie przy Płowieckiej też potrzeba tak drastycznych narzędzi? Kierowcom metody są obojętne. Liczy się czas. Bo ten stracony w korkach da się przeliczyć na realne pieniądze. Tylko kierowcy nie mają szans na odszkodowanie za tę stratę.

Łatwiej gigantowi walczyć z maluczkimi

19 marca 2008

ikraj1.jpgNie chciałabym być jedną z tysięcy mieszkańców, którzy za sąsiada mają lotnisko i dotąd się nie wyprowadzili. Czeka ich droga przez mękę, zanim otrzymają zadośćuczynienie za to, że przez lata nad głowami latają im samoloty. Wojewoda wydał wreszcie dokument potwierdzający oczywisty fakt, że w okolicy lotniska jest głośno i ustanowił tam strefę ochronną.
Tylko że „chroni” ona mieszkańców przed budowaniem tam przedszkoli, szkół, szpitali – czyli tego, co stanowi o minimalnym komforcie życia. Pozostaje im wyprowadzka. Pytanie, jak szybko będą mogli kupić sobie nowy dach nad głową. Żeby dostać odszkodowanie za obecne nieruchomości, będą musieli udowodnić Portom Lotniczym, że to właśnie on hałasuje. Będą musieli na własny koszt zatrudnić prawnika i rzeczoznawcę, oszacować szkody i indywidualnie ubiegać się o wypłacenie odszkodowania. Okęcie nie kwapi się do proponowania jakiejkolwiek wyrównanej stawki.
Bo i po co? Przecież łatwiej gigantowi walczyć z pojedynczymi maluczkimi niż tworzyć zasady, których trzeba się trzymać. Nie należy się więc spodziewać, że szybko sypnie groszem. Smutne, że żaden urząd dotąd nie zaproponował tym maluczkim pomocy w walce o to, co im się zwyczajnie należy.

Urzędnik – asekurant bez wyobraźni

16 marca 2008

ikraj.jpgPrzestańmy się łudzić. Przykład Krakowskiego Przedmieścia pokazuje, że stołeczni urzędnicy nie zgodzą się na nic, co nietypowe, niestandardowe, inne. I pod tym względem ekipa prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz niczym nie różni się od poprzedników, których tak krytykuje.

Poprzednicy przez cztery lata odżegnywali się od budowy drugiej linii metra – ze strachu przed zbyt wielkim przedsięwzięciem. Od kilkunastu lat zwlekają z decycją, jak urządzić najważniejsze warszawskie place: Trzech Krzyży, Konstytucji. Obecni włodarze nie chcą korony wieżowców wokół Pałacu Kultury – bo to zbyt trudne w realizacji, zbyt awangardowe. Ale nie chcą nawet drobiazgów, które upiększyłby Krakowskie Przedmieście – jakiegoś niewielkiego strumyczka i postumentów z reprodukcjami dzieł Canaletta.

Dlaczego nie? Wyjaśniają mętnie, zasłaniają się procedurami i zbyt wysokimi kosztami (choć w budżecie w tym roku zostało prawie 700 mln zł nadwyżki!).Ale prawdziwy powód jest inny. Wyłazi typowe w stolicy urzędnicze asekuranctwo, tchórzostwo przed przedsięwzięciami z rozmachem. Bo po co komu Canaletto i strumyczek? Wystarczy przecież granit i beton – mówią hamulcowi w tym mieście.

A prezydent Warszawy ciągle nie mówi „nie” tym hamulcowym, urzędnikom bez wizji i wyobraźni! Czyżby też brakowało jej odwagi? To już najbardziej denerwuje. Jak się potem dziwić, że cudzoziemcy nie widzą powodów, by odwiedzać Warszawę?