Ostatnie spory na linii jeden pałac – drugi pałac dowodzą, że polską demokrację czas uleczyć. No więc ja się zgłaszam.
Niedawno spadł samolot. Żaden powód do żartów. Ale to, co się potem stało, wprawiło wielu w szampański humor. Za darmo mieliśmy w telewizji wspaniałą komedię o tym, jak to urzędnicy nie potrafią posługiwać się telefonami. Albo – jak udają, że nie potrafią. Może więc w szkołach zacząć tego uczyć?
Wróćmy do uczenia demokracji. Idealiści, do których i ja się zaliczam, marzą o finezyjnych dysputach bez wrzasków. No, gdyby to nasi politycy potrafili lać się tak, jak ich koreańscy czy tajwańscy koledzy, to byłoby ciekawie. Ale nie potrafią. Za to chmara wybrańców narodu wykorzysta każdą okazję, nawet upadły samolot, by dostać się na pierwsze strony gazet. A ja, człek naiwny, wolałbym oglądać tam piękne kobiety i czytać o gościach, którzy wygrali milion w totka. Bo może i mnie coś z tego skapnie.
Niestety, teraz kapie na linii: premier – prezydent. Jeden z Platformy, drugi z PiS-u. Za kilka lat wybory i możemy mieć prezydenta z Platformy. Ale jak znam życie, to wtedy premier pojawi się z PiS-u, bo los wciąż nam płata figle. I spokoju nijak nie będzie. Nawet kiedy faceci byli z tej samej firmy, to wszystko się rozpadło. Raz przez lwa, co go czasami piszą przez duże „L”, a drugi raz, to nie bardzo wiadomo przez co.
Tak prawdę mówiąc, to w Polsce nigdy nie było spokoju i kłótnie stały się klasycznym sposobem uprawiania polityki. Na przykład za króla Stasia działał Sejm Czteroletni. Niektórzy twierdzą, że dlatego czteroletni, że przez cztery lata kłócono się o kształt siodeł dla kawalerii narodowej. Państwo upadło, a siodeł dalej nie było. Pysznie.
Po stu latach ćwiczyliśmy demokrację, ale nie dała się wyćwiczyć. I pewien marszałek próbował ją reperować, wysyłając do parlamentu oficerów. Podobno brzęczeli szablami, lecz posłowie nie słyszeli tego. Tak się kłócili. Więc marszałek powiedział, że – cała praca w Sejmie śmierdzi i zaraża powietrze wszędzie. Jak Boga kocham, tak powiedział.
Wcześniej zdenerwował się, zrobił zamach stanu, co pomogło, ale na krótko. W tym miejscu doznałem iluminacji. To może znów odwiedzić parlament i uleczyć demokrację? Niestety, oczyma wyobraźni ujrzałem rozradowane twarze facetów z agencji podsłuchu wewnętrznego, którzy to znów będą mieli powód do wydawania forsy na inwigilację. By ustalić, gdzie schowałem szablę. Więc wycofuję się z tego pomysłu.
Demokracja to najgorszy system, co potwierdził niejaki Churchill. I dodał, że nic lepszego jednak nie wymyślono. Ale ja się z nim nie zgadzam. Nasze życie polityczne uleczy monarchia! Blond dziennikarka przeprowadzając telewizyjny wywiad, zamiast bąkać pod nosem – panie prezydencie, pytałaby z werwą – Wasza Królewska Mość? Prawda, że to wzniosłe? Niestety, taki ustrój ćwiczyliśmy przez kilkaset lat i o wspaniałym finale uczą w szkołach.
To może więc anarchosyndykalizm? Państwo bez przymusu. Ale jakoś nikt go nie spraktykował.
I wtedy przypomniało mi się, że był już ustrój, w którym nigdy się nie kłócono. Ktoś ma ochotę na dyktaturę proletariatu?