Archiwum dla ‘Maciej Białek’ Kategoria

M. Białek: Przykry cios dla Warszawy i Kijowa

30 października 2008

mbialek21.jpgNie mam moralnego prawa krytykować nowego prezesa za winy jeszcze niepopełnione, ba – życzę mu jak najlepiej. Jeśli powiedzie się Grzegorzowi Lacie, powiedzie się również całej polskiej piłce. Jak na mundialu w 1974 roku.

Dalsze lukrowanie nie ma jednak sensu, bo już teraz widzę dwa poważne zagrożenia. Dla Kijowa i Warszawy. Wczorajsze ostre wystąpienie Hryhorija Surkisa nie spodobało się delegatom na sali, w tym Lacie. Nowy prezes związku był wyraźnie zdegustowany postawą wszechmocnego „Griszy”. Do tego stopnia, że zrewanżował się w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”. Na pytanie dziennikarki o wstrzymanie przygotowań większości obiektów na Ukrainie (z powodu kryzysu na świecie) nowy szef związku wypalił: „Możemy zorganizować Euro 2012 np. z Niemcami”.

To już nawet nie jest niezręczność, to koszmarny samobój, którego prezes Lato nie powinien sobie strzelać. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje PZPN, jest psucie stosunków z partnerami z Ukrainy. Nawet jeśli oni zachowują się nieelegancko.

Ale nie tylko Kijów ma nie po drodze z nowym PZPN. Stracić może również Warszawa. Powołany na stanowisko wiceprezesa ds. szkolenia Antoni Piechniczek nigdy nie krył swoich antypatii wobec stolicy. Z kolei nowy wiceprezes ds. organizacyjno-finansowych Rudolf Bugdoł to szef Śląskiego ZPN. Człowiek, który do ostatniej kropli krwi walczył o licencję Polonii Bytom, na czym ucierpiał m.in. Znicz Pruszków.

Oj, chyba długo nie obejrzymy reprezentacji Polski w naszej stolicy…

M. Białek: „Nie dziękujemy ci, kapitanie”

12 października 2008

mbialek.jpgOd soboty piłkarska Polska ma nowych bohaterów – przede wszystkim Pawła Brożka i Jakuba Błaszczykowskiego.  Kibice słusznie prześcigają się w komplementach pod ich adresem, cmokają z zachwytu, wychwalają pod niebiosa. Do kiedy panowie B. pozostaną herosami naszego futbolu? Do swojego ostatniego meczu w kadrze narodowej. Ani minuty dłużej. Potem odejdą w zapomnienie. Tak jak Jacek Bąk.

96-krotny reprezentant Polski, który po finałach Euro 2008 zakończył karierę  w reprezentacji, został uroczyście pożegnany przed meczem z Czechami. A właściwie miał zostać, bo zacietrzewieni w nienawiści do PZPN kibice na Stadionie Śląskim, zamiast poświęcić Bąkowi choć minutę uwagi (spiker bezskutecznie apelował do nich o brawa),  w czasie pożegnania doświadczonego obrońcy obrażali związek z Miodowej. Gdy skończyli, na stadionie zapanowała na chwilę cisza.
– I dobrze, że odchodzi. Wreszcie!!! – wrzasnął jakiś jegomość z błędnym wzrokiem, który przez niedopatrzenie organizatorów otrzymał miejsce w loży prasowej. Tak „podziękowano” Bąkowi za awans do MŚ 2002, 2006 i ME 2008, za 15 lat gry w reprezentacji, za trzy gole, za siniaki w meczu z Ormianami w 2001 roku.
Nawet nie chce mi się wspominać „powitania”,  jakie zgotowali niedawno Bąkowi pseudokibice Lecha (piłkarz został zaatakowany w hotelu przed meczem jego Austrii Wiedeń). Pewnie, że zdarzały się Bąkowi słabsze mecze w reprezentacji, ale kto z naszych piłkarzy jest w tej materii bez grzechu?
Jeśli kibice chcą czcić nowych piłkarskich b (r) ożków, warto, żeby pochylili się nad dorobkiem ich starszych kolegów. Zwłaszcza że – przywołam słowa Józefa Piłsudskiego – „kto nie szanuje przeszłości, nie jest godzien szacunku ani prawa do przyszłości”.
Ale co tam… Niech sobie pismak gada i wywołuje duchy. Polska wygrała, prowadzi w grupie, znów zachwyca, naród szaleje ze szczęścia. Wołanie o szacunek dla eks-kapitana kadry zginie w tumulcie tłumu, który padnie na kolana przed nowymi bohaterami.

M. Białek: Biała flaga ministra, czyli małe argumenty i wielka porażka

7 października 2008

mbialek2.jpgMinister Mirosław Drzewiecki podczas krótkiej konferencji starał się przekonać, że zrealizował swoje cele w wojnie z PZPN. Mnie nie przekonał. Przegrał z kretesem jeszcze większym niż jego poprzednicy (Jacek Dębski, Tomasz Lipiec).

Styl porażki obecnego ministra jest przykry, ale spodziewany. Dębski i Lipiec mieli bowiem znacznie więcej argumentów i podstaw do wojny z PZPN. Drzewiecki nie miał prawie nic.

Łamanie prawa przez związek? Przez dwa tygodnie bezskutecznie czekaliśmy na szczegóły. Przebąkiwano tylko o zarządzie działającym w niepełnym składzie. Świetnie, ale o tym wiadomo od prawie dwóch lat, gdy policja zatrzymała Wita Ż.

Minister Drzewiecki prawie niczego nie wywalczył. Komisja czwórstronna z prof. Kleiberem? Ona działa od półtora roku! Razem ze związkiem przygotowywała nowy statut i wybory. A te odbędą się 30 października, czyli tak jak chciał PZPN.

Jak napisał George Orwell, „najszybszy sposób na zakończenie wojny to ją przegrać“, ale to chyba marne pocieszenia dla szefa polskiego sportu.

Kolejną porażkę ministra ze skostniałym i niereformowalnym PZPN odtrąbuję bez satysfakcji, ale i bez specjalnego żalu. Zwłaszcza po tym, jak jeden z polityków PO powiedział w Radiu Zet: „Skoro pojawili się tacy kandydaci na prezesa PZPN, to trzeba było wprowadzić kuratora”.

M. Białek: Cenna deklaracja Bońka

17 września 2008

mbialek2.jpgNiewiele z pozoru znacząca informacja sprzed tygodnia o tym, że Zbigniew Boniek odsprzedał swoje ostatnie udziały w Widzewie, tak naprawdę dotyczyła całej polskiej piłki. Boniek zerwał oficjalne kontakty z łódzkim klubem, bo teraz będzie walczył w swoim imieniu. Chce być prezesem PZPN? Świetnie, bo to znakomity kandydat. Szkoda tylko, że nie ma szans. Od zawsze w PZPN wygrywają ci, których popierają działacze z terenu. Nie wskażą na człowieka, który w polskim środowisku piłkarskim ma więcej wrogów niż przyjaciół.

Bez względu jednak na zerowe szanse Bońka jego deklaracja o chęci kandydowania jest bardzo cenna. Po latach stania z boku naszego futbolu najsłynniejszy w świecie polski piłkarz znów chce o nim decydować. I przyszły prezes PZPN, dobierając współpracowników, musi się z tym liczyć. Lepiej mieć Bońka u siebie, o czym już w 1982 roku przekonali się Belgowie.
Michał Listkiewicz? Nie ekscytuję się narodowym dylematem „odejdzie, czy zostanie”, bo PZPN bez Listkiewicza wcale nie będzie lepszy niż teraz.

No, chyba że wygrałby Boniek. Niestety, terenowi działacze to przeszkoda znacznie trudniejsza do przejścia niż na mundialu w 1982 roku defensywa w składzie: Renquin, Meeuws, Millecamps i Plessers.

M. Białek: Mąka nie przypadek, losowi z rąk nie leci

14 września 2008

mbialek.jpgAwans Polonii do ekstraklasy nie miał ze sportem nic wspólnego (wchłonięcie innego klubu), ale przyniósł polskiej piłce co najmniej jedną ogromną korzyść. Dzięki kupieniu Groclinu w najwyższej klasie może występować Daniel Mąka.
Pozostawanie takiego zawodnika w dawnej drugiej lidze byłoby egoizmem (klubu, który go zatrudnia) i głupotą (piłkarza, który zmarnowałby kolejny sezon). Na szczęście najlepsi gracze drugiego frontu z poprzedniego sezonu mogą pokazać się w ekstraklasie. Lewandowski (w poprzednim sezonie Znicz Pruszków), Peszko (Wisła Płock) i Mąka. Trzy nazwiska, trzy nowe gwiazdy polskiej piłki.
W przypadku Mąki satysfakcja tym większa, że od dawna apelujemy do Legii i Polonii o docenianie zawodników z Warszawy i okolic. Tutaj naprawdę jest z kogo wybierać.
Wychowanek Agrykoli ma cztery gole w ekstraklasie. Przypadek? Skąd! Jak napisał satyryk i aforysta Władysław Grzeszczyk, „przypadek jest tym, co losowi wypada z rąk”.
A Mąkę los mocno trzyma w swoich dłoniach i szykuje mu świetlaną przyszłość.
W Bytomiu hat trick 20-letniego polonisty oglądał  asystent Leo Beenhakkera – Rafał Ulatowski. Na  miejscu Mąki nie wyłączałbym komórki przed październikowym meczem reprezentacji z Czechami.

Maciej Białek: Matusiaków dwóch, czyli lekcja Fiodora

1 września 2008

Koniec 2006 roku. Europejska Unia Piłkarska ogłasza listę największych piłkarskich talentów z poszczególnych krajów Starego Kontynentu. W Polsce zaszczytnym i zobowiązującym tytułem może pochwalić się Radosław Matusiak. W Macedonii – Filip Ivanovski, za którego zaraz Groclin zapłacił 800 tys. euro.

Nic dziwnego, że media bardzo szybko ochrzciły nowego zawodnika klubu Zbigniewa Drzymały (dzisiaj Polonii) „macedońskim Matusiakiem”.

Przez kolejne dwa lata obaj Matusiakowie – nasz i ten z Bałkanów – spuszczali z tonu, zresztą bardzo zgodnie. Aż nastały ostatnie dni sierpnia A. D. 2008. Polski Matusiak, obecnie 26-letni, ustami swojego ojca ogłosił zakończenie kariery. Ivanovski strzelił cztery gole w dwóch meczach ekstraklasy (czyli o jeden mniej niż w całym poprzednim sezonie), zapewniając warszawskiemu klubowi dwa zwycięstwa.

Nowa Polonia ma nowego idola. Z Macedonii. Ten polski gdzieś w Płocku – przy głośnym akompaniamencie mediów – smakuje swoją klęskę.

W tym samym czasie wyczyn Ivanovskiego skopiował Marcin Komorowski. Obrońca, który nie zrobił kariery w Bełchatowie, ŁKS i Zagłębiu Sosnowiec, został w sobotę bohaterem Bytomia. W meczu miejscowej Polonii z Lechią (4: 1) strzelił na bramkę faworyzowanych rywali trzy razy. Efekt? Trzy gole, każdy zdobyty w inny sposób, z czego pierwszy już dzisiaj można ogłosić golem rundy jesiennej. Kto widział, nie żałował. Kto przeoczył, niech zobaczy.

Komorowski, wcześniej rezerwowy w Polonii, strzela lewą nogą. Polecanie go już teraz do kadry byłoby szaleństwem, ale nie zaszkodzi zapomnieć, jak cenieni (nie tylko w Polsce) są lewonożni gracze.

Jak napisał kiedyś Fiodor Dostojewski, „być bohaterem przez minutę, godzinę jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie”, co chyba idealnie puentuje historię Radosława Matusiaka. A zatem, panowie Ivanovski i Komorowski. Gdy uleci świeży zapach drukowanych w nocy z niedzieli na poniedziałek gazet z waszymi nazwiskami w glorii bohaterów, trzeba będzie jeszcze mocniej zakasać rękawy i potwierdzać co tydzień swoje nieprzeciętne możliwości. Po to, żeby w wieku 26 lat nie zaczynać życia od nowa.

M. Białek: Słownik PZPN

7 lipca 2008

mbialek.jpgDecyzja w sprawie Polonii Bytom jest ostateczna – zapewniał ponad miesiąc temu PZPN, gdy nie przyznał śląskiemu klubowi licencji na grę w ekstraklasie. Później tę ostateczną decyzję skonsultował z UEFA. I choć europejska federacja pozbawiła złudzeń Polonię, związek zbagatelizował ten szczegół i znów pochylił się nad losem śląskiego klubu.

Pochylił, po czym ponownie podjął ostateczną decyzję o nieprzyznaniu bytomianom licencji. Potem ostateczności było jeszcze kilka (tak jak w przypadku równie ostatecznych dymisji Michała Listkiewicza), aż w końcu zarząd PZPN po raz dziesiąty czy piętnasty skierował sprawę do ostatecznego rozpatrzenia przez Komisję Licencyjną.
No i ostatecznie bytomianie dopięli swego.
Niedawno działacze PZPN zastanawiali się, jak odchudzić swój związek (przy okazji nowego statutu). Niech zlikwidują Komisję Licencyjną. Po co utrzymywać ciało, którego decyzje są nieważne? W słowniku PWN termin „ostateczny” oznacza: „taki, który jest ostatnim etapem jakiegoś działania lub procesu i nie ulegnie już zmianie”. Czekam, kiedy swój słownik wyda PZPN. Przy okazji ciekaw jestem, czy umieści  (i jak objaśni) hasło „kompromitacja”.

Maciej Białek: Axle są nieistotne, tutaj triumfują bestie

22 czerwca 2008

mbialek27.jpg“Wiele trzeba mocy, by umieć żyć, wiedząc, jak bardzo życie i niesprawiedliwość są ze sobą złączone” – napisał kiedyś Fryderyk Nietzsche. Po ćwierćfinałach w Austrii i Szwajcarii jego słowa nabierają szczególnego znaczenia. Od razu zaznaczam – porażki Portugalii, Chorwacji i Holandii w walce o medale Euro 2008 nie są dla mnie niespodzianką. Po prostu taka jest historia i logika wydarzeń podczas mistrzostw Europy. Tutaj wygrywa ten, kto gra brzydziej (reguła nie tyczy Rosji).

Pamiętacie państwo finały w Portugalii cztery lata temu? Nie było dziennikarza, który nie zachwycałby się stylem gry
Czechów. W półfinale Nedved, Baros i koledzy mieli zmieść bezbarwnych, ale konsekwentnych do bólu Greków. Nie zmietli (0:1).

Piłka to nie łyżwiarstwo figurowe. Chorwaci w meczu z Niemcami kręcili na boisku nieziemskie piruety, skakali rittbergery i axle, ale to ich przyspawani do lodu rywale mają już medal. W tym czasie piłkarze Bilicia robią sobie okłady na biodrach po bolesnym upadku w meczu z Turkami.

– Ta porażka będzie mnie nękać do końca życia – mówi zrozpaczony Bilić.
Zapomina o słowach jednego z byłych amerykańskich rugbistów, porównującego tę dyscyplinę do piłki: „Rugby to bestialska gra, w którą grają dżentelmeni, piłka nożna to dżentelmeńska gra, w którą grają bestie”.

Bez powrósła snop jest tylko słomą, czyli jak Hiddink obudził po 20 latach niedźwiedzia

21 czerwca 2008

                 mbialek251.jpg        
Sądziliśmy, że krew w naszych żyłach już dawno się nie burzy, że zastygła, prawie zamarzła
” – napisał po meczu Sbornej ze Szwecją (2: 0) rosyjski „Sport-Express”. Moskiewska prasa dodawała, że „Guus Hiddink nauczył rosyjskiego niedźwiedzia tańczyć z piłką”.

Ładnie napisane, ale za lekko. Nie chodzi tylko o naukę tańca. Holender przede wszystkim obudził niedźwiedzia. „Bestię”, która spała od 20 lat (od czasu występu w przegranym finale ME 1988).

Po rozpadzie ZSRR Rosja dwukrotnie grała w finałach mistrzostw świata i dwukrotnie w finałach Euro, ale nigdy nie wyszła z grupy. Aż zatrudniła za 2 mln euro rocznie Hiddinka.

Jak mówi jedno z rosyjskich przysłów, „bez powrósła snop jest tylko słomą”. Mnóstwo słomy (świetnych piłkarzy) Rosjanie mieli już od dawna. Powrósło znaleźli w Holandii.

W ubiegłą sobotę miałem okazję być na meczu Grecji z Rosją w Salzburgu. Zauroczony pięknem tego miasta nie ogarniałem do końca wydarzeń dziejących się na boisku. Owszem, widziałem zmierzch piłkarskich bogów (trochę przypadkowych), którzy już chyba nigdy nie powtórzą mistrzostwa Europy z 2004 roku. Skoncentrowany na greckiej tragedii w mieście Mozarta nie zauważyłem, że w dniu, gdy upada jedna potęga, rodzi się inna. Potężniejsza, bogatsza, niezmierzona. Niedźwiedzie obudzone po długim śnie idą na polowanie. Ten rosyjski zdążył przez 20 lat bardzo zgłodnieć. I na pewno pamięta, że wtedy – w 1988 roku – został uśpiony przez Holandię.

Maciej Białek: Kilka słów o trzeźwej ocenie sytuacji

16 czerwca 2008

mbialek26.jpgLeniwe niedzielne przedpołudnie, chwilę po treningu polskich piłkarzy w Bad Waltersdorf. Do tzw. strefy mieszanej, w której można znaleźć się blisko zawodników naszej reprezentacji, tym razem wpuszczani są tylko kibice. Dziennikarzom wstęp wzbroniony. Na graczy Beenhakkera mogą popatrzeć jedynie z daleka – zza dwóch krat.

Mimo wszystko próbuję wejść. Niestety, ochroniarz protestuje. I to jak! Wyjątkowo stanowczo. - Dziennikarze tym razem nie mogą wejść. Tylko kibice – podkreśla.

Co robi jeden z kolegów po fachu? Odchodzi raptem dwa metry na bok, zdejmuje z szyi akredytację, po czym wraca do ochroniarza. Ten nie ma już żadnych zastrzeżeń i go… wpuszcza. Robię to samo. Chowam akredytację i za chwilę jestem w strefie mieszanej! To nic, że mam ze sobą laptopa, dyktafon. I to nic, że austriacki ochroniarz doskonale o tym wie. Bez akredytacji, małego kawałka plastiku, jestem dla niego innym rodzajem petenta. Kibicem, nie dziennikarzem. Porządek musi być!

Przypomina mi się skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju. Podróżny udający się do Mławy podchodzi na dworcu do rezerwacji telefonicznej i zamawia bilet.
– Nie sprzedam panu, bo musi pan zamówić przez telefon – słyszy w kasie.
– Ale akurat przechodziłem tędy, więc co panu szkodzi? – tłumaczy potencjalny pasażer.

Po kwadransie użerania się z niespotykanie upartym sprzedawcą odchodzi na na bok, po czym dzwoni do niego z komórki. Niestety, nic to nie daje.
– Przecież wiem, że to pan! Poznaję. Proszę wrócić do domu i stamtąd zadzwonić – słyszy w słuchawce.
Nie ma to jak trzeźwa ocena sytuacji.

Ta austriacka bywa czasami irytująca. Wolę chyba rosyjską. Hm… trochę mniej trzeźwą. Kilka godzin przed meczem Rosja – Grecja
w Salzburgu. Przybysze ze Wschodu zwiedzają piękne miasto Mozarta. Podziwiają, robią zdjęcia. Prawie wszyscy.

– Pasmatrij, kak tu priekrasnie – mówi rosyjski kibic do jednego ze swoich kompanów.
– Ja uże niciewo nie wiżu – cedzi tamten, ledwo trzymając się na nogach…

Maciej Białek: Czarodziej stracił swoją moc

14 czerwca 2008

mbialek25.jpgW czasie Euro 2008 wcale nie prysł mit Beenhakkera-fachowca. Holender był, jest i będzie jednym
z najlepszych trenerów, jacy pracowali w Polsce. Skończyło się coś innego. Prysł mit Beenhakkera-cudotwórcy.

Ujrzenie piłkarza w Tomaszu Zahorskim (gdy nikt inny nie dostrzegał jego zalet), a wcześniej zwycięstwo nad Portugalią sprawiało, że traktowaliśmy Leo jak człowieka o nadprzyrodzonych właściwościach. Prawie jak kogoś, dzięki komu niemi odzyskują mowę, a kulawi chodzą o własnych nogach. I pewnie dlatego ocenialiśmy naszą siłę przed Euro wysoko. Za wysoko.
Polacy jeszcze mogą wyjść z grupy, ale to nie zmienia faktu, że zawiedli. Wszyscy, poza Arturem Borucem i Rogerem Guerreiro. Przypomina mi się mundial w Niemczech, gdy też mogłem chwalić dwóch zawodników – Boruca i Ireneusza Jelenia.
Beenhakker popełnił błędy, choć niechętnie się do tego przyznaje. Gdyby Paweł Janas powołał na ważny turniej piłkarza prosto z wakacji na Rodos i za chwilę wstawił go w meczu z Niemcami, zostałby „zjedzony” przez media.
A Holendra oszczędzono. Łukasz Piszczek nie został drugim Zahorskim, który po dotknięciu ręką przez Beenhakkera zmienił się z piłkarskiej żaby w zacnego królewicza. Z kolei powołując pomijanego wcześniej Tomasza Kuszczaka, Holender narażał się na lekki ferment w kadrze (ambitny bramkarz MU nie lubi być numerem trzy), co zresztą stało się faktem. A czy skreślony przed Euro Arkadiusz Radomski byłby gorszy niż Mariusz Jop w meczu z Austrią?
O rezygnacji z Błaszczykowskiego nie będę pisał, bo całą prawdę zna chyba tylko Leo, ale nie rozumiem, dlaczego tak lekką ręką odtrącił Jelenia? Skrzydłowy Auxerre przydałby się na ostatnie pół godziny meczów z Niemcami i Austrią, gdy Holender najpierw wystawiał Piszczka, a potem Marka Saganowskiego. Sympatyczny napastnik Southampton z grą na prawej stronie pomocy ma tyle wspólnego, co Grecyz widowiskowym futbolem.
Przykro mi też, że Leo tłumaczył porażkę z Niemcami głównie świetnym występem Niemców, a po remisie z Austrią całą winę zrzucał na sędziego. Takiemu szkoleniowcowi nie wypada.
– Nasz udział w mistrzostwach traktujmy w kategoriach cudu – mówił kilka dni temu Beenhakker, jakby sugerując, że kolejnego już nie możemy się spodziewać. Skoro mówi tak czarodziej, który stracił swoją moc, to trzeba mu wierzyć.

Maciej Białek: Bill Shankly znacznie rozminął się z prawdą

13 czerwca 2008

mbialek25.jpgW tym miejscu miałem zamiar napisać optymistyczny komentarz. Miał być odskocznią od napięcia towarzyszącego meczowi z Austrią i zupełnie z jego wynikiem się nie wiązać. Nigdy się nie ukaże, bo gdy stawiałem kropkę, dowiedziałem się o samobójczej śmierci Adama Ledwonia. Byłego piłkarza reprezentacji Polski spotkałem zaledwie trzy dni wcześniej w biurze prasowym w Klagenfurcie.

Ukłoniliśmy się, a później z kolegami wymieniliśmy między sobą podobne uwagi. Że Adam dobrze wygląda. Że nic się nie zmienił od dziesięciu lat. Że może tylko jedynie trochę zmizerniał na twarzy.. Nagle w środowy wieczór szok. Kolejny podczas trwania mistrzostw Europy. Tydzień temu dowiedzieliśmy się o odejściu Agaty Mróz. I choć śmierć śmierci nierówna, bo ona walczyła do końca, on sam się poddał, to oczywiście nie sposób zmierzyć tych tragedii jakąkolwiek miarą.

Legendarny trener Liverpoolu Bill Shankly powiedział kiedyś, że „Futbol nie jest sprawą życia i śmierci. To coś znacznie ważniejszego“. Bardzo lubię ten cytat, bo robi wrażenie. Duże wrażenie. Jest patetyczny, mocny, chwytliwy. Taki amerykański. Coś w stylu: „A jeśli Boga nie ma, to co z ciebie za szatan?“ Franza Maurera z filmu „Psy 2“. I nagle otrzeźwienie, wyrwanie się z piłkarskiego amoku, w którym tkwię od kilkunastu dni. Chwila zadumy i refleksji. Dostrzeżenie oczywistej prawdy – futbol to nie jest sprawa życia i śmierci. Kropka.

O tym, jak bardzo słowa Shankly’ego są nieprawdziwe i puste, przekonujemy się – o ironio – w czasie najważniejszej piłkarskiej imprezy świata ostatnich dwóch lat. Aha, jeszcze jedno. Wczorajszy mecz z Austrią nie był o życie. Poprzedni z Niemcami i kolejny z Chorwacją również…

Maciej Białek: Karawana i szakale

11 czerwca 2008

mbialek24.jpgTo tajemnica mundialu, mundialu to tajemnica – śpiewał przed finałami MŚ 1982 Bohdan Łazuka. Dwa ostatnie mundiale też były tajemnicze. Skoszarowani w koreańskim Daejeon podopieczni Jerzego Engela toczyli spory o reklamy, a schowani jeszcze bardziej w 2006 r. w Barsinghausen piłkarze Pawła Janasa poznawali kiepskie wyniki badań wydolnościowych. Euro też ma swoje tajemnice.

W ubiegły czwartek dziennikarze otrzymali informację o rezygnacji z kontuzjowanego Jakuba Błaszczykowskiego. Następnego dnia doszła nas wieść o kontuzji Tomasza Kuszczaka. Wkrótce zaczęły wybuchać bomby. Błaszczykowski twierdził, że kontuzja wcale mu się nie odnowiła, a Kuszczak, że został „zajechany“ przez trenera bramkarzy. Aż się boję pomyśleć, co powie Maciek Żurawski… A to nie koniec, bo Polsat szykuje telekonferencję z Błaszczykowskim. Ma być ciekawie.

Tak, wiem. Przed arcyważnym meczem z Austrią nietaktem jest pisanie o grzeszkach kadry. Ale jak tu udawać, że statek płynie bez szwanku, skoro pęka w nim poszycie i ściany, a woda powoli wdziera się do środka? Obym się mylił.

Kiedyś, w czasach piłkarskiej prosperity, Boniek i Lato nazwali dziennikarzy szakalami. Na szczęście, zgodnie z ich terminologią, szakale ujadały, a karawana jechała dalej. Gorzej, że teraz – choć drapieżniki jeszcze nie naostrzyły kłów – karawana wygląda niemrawo…

Maciej Białek: Życie nie jest sprawiedliwe

10 czerwca 2008

mbialek23.jpgNasza promocja zaczęła się w Warszawie na stadionie Legii – powiedział wczoraj w Bad Waltersdorf dyrektor marketingowy DFL (Niemieckiej Ligi Piłkarskiej) Joerg Daubitzer. Miał na myśli mecz Legii z Borussią Dortmund w 2007 roku. Przedstawiciel odpowiednika polskiej Ekstraklasy SA (bardzo bogatego odpowiednika) prezentował podczas spotkania z polskimi dziennikarzami, kilkaset metrów od siedziby reprezentacji Beenhakkera, zalety ligi za naszą zachodnią granicą.

Słuchałem z zazdrością i lekkim uśmiechem.
– Jesteśmy najlepiej zorganizowaną ligą w Europie. Transmisje z meczów naszych drużyn odbierają telewidzowie w 172 krajach świata. Mamy najwyższą średnią widzów w ligowej kolejce - około 40 tys. – zachwalał Daubitzer, ale nawiązywał do bogatszych lig w Anglii, Hiszpanii i we Włoszech.

– Dla niemieckich klubów szczytem możliwości jest sprowadzenie za 12 mln euro Luki Toniego. Gdzie nam do Realu, który za Cristiano Ronaldo proponuje 100 mln euro Manchesterowi i kolejne 100 mln euro samemu zawodnikowi? Cóż, życie nie jest sprawiedliwe – roześmiał się dyrektor DFL, a ja uśmiechnąłem się jeszcze bardziej.

W naszej lidze już 500 tys. euro jest sumą wywołującą drżenie rąk.
– Jednym z naszych problemów jest długa, bo aż sześciotygodniowa, przerwa zimowa – stwierdził Daubitzer.
Po chwili dowiedział się, że w Polsce przerwa między rundą jesienną a wiosenną trwa prawie cztery miesiące. Złapał się za głowę. - To jakaś katastrofa – wycedził.

Po zakończeniu konferencji powiedziałem panu Daubitzerowi, że kibice i dziennikarze w Polsce wciąż nie wiedzą jeszcze, które drużyny w następnym sezonie zagrają w ekstraklasie, a które w nowym tworze zwanym I ligą.

– Jak to nie wiecie? A kiedy startuje sezon? – zapytał.

Gdy odpowiedziałem, że za niewiele ponad miesiąc, spojrzał na mnie jak na wariata. Patrząc na „problemy” Bundesligi i naszej ligi, w jednym mogę się z nim zgodzić. Życie nie jest sprawiedliwe.

Maciej Białek: Smutny lot balonem

10 czerwca 2008

mbialek22.jpgNa przedmieściach Bad Waltersdorf jest jedna z największych miejscowych atrakcji – Ballonzentrum, czyli wielkie pole z balonami. Można tam unieść się w powietrze napompowanym dmuchawcem. O prestiżu tego miejsca niech świadczy fakt, że w 1999 roku rozegrano tu mistrzostwa świata w baloniarstwie.

Nieprzypadkowo piszę o tej pięknej dyscyplinie sportu dzień po meczu z Niemcami. Euforia i amok przed jego rozpoczęciem przypominały mi nadmuchiwanie wielkiego balonu, który – tradycyjnie zresztą – pękł z hukiem. Mniejsza o to, że przebiła go szpilka z polską blondwłosą główką Łukasza Podolskiego. Po prostu pękł. Koniec, kropka.
Przed starciem z trzecim zespołem świata słyszałem wiele prognoz kibiców i ludzi ze świata rozrywki. Co prognoza, to zwycięstwo. I jeszcze te odniesienia do historii. Cedynia, Grunwald… Zapominano, że z podstawowego składu reprezentacji Polski tylko bramkarz kosztuje ponad 5 mln euro. U Niemców proporcje są troszkę inne. Tam tylko bramkarz kosztuje poniżej 5 mln euro.
– Co za poranek! Po tym 0:2 nie byłem w stanie wyjść rano z łóżka. Ja się z niego zsunąłem… – powiedział mi wczoraj rano kolega dziennikarz.
Nie mam nic przeciwko gorącemu patriotyzmowi, ale trochę umiaru nigdy nie zaszkodzi. Nawet jeśli przeradza się w tak skrajny pesymizm jak u Kazika Staszewskiego. O ile dobrze zrozumiałem, znany muzyk typował 5:0 dla Niemców.
– „Kaza“ trochę pojechał – stwierdził Muniek Staszczyk.
Może pojechał, ale przynajmniej nie spadł z hukiem na ziemię. Z wielkiego nadmuchanego balonu.