M. Białek: Przykry cios dla Warszawy i Kijowa
30 października 2008
Nie mam moralnego prawa krytykować nowego prezesa za winy jeszcze niepopełnione, ba – życzę mu jak najlepiej. Jeśli powiedzie się Grzegorzowi Lacie, powiedzie się również całej polskiej piłce. Jak na mundialu w 1974 roku.
Dalsze lukrowanie nie ma jednak sensu, bo już teraz widzę dwa poważne zagrożenia. Dla Kijowa i Warszawy. Wczorajsze ostre wystąpienie Hryhorija Surkisa nie spodobało się delegatom na sali, w tym Lacie. Nowy prezes związku był wyraźnie zdegustowany postawą wszechmocnego „Griszy”. Do tego stopnia, że zrewanżował się w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”. Na pytanie dziennikarki o wstrzymanie przygotowań większości obiektów na Ukrainie (z powodu kryzysu na świecie) nowy szef związku wypalił: „Możemy zorganizować Euro 2012 np. z Niemcami”.
To już nawet nie jest niezręczność, to koszmarny samobój, którego prezes Lato nie powinien sobie strzelać. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje PZPN, jest psucie stosunków z partnerami z Ukrainy. Nawet jeśli oni zachowują się nieelegancko.
Ale nie tylko Kijów ma nie po drodze z nowym PZPN. Stracić może również Warszawa. Powołany na stanowisko wiceprezesa ds. szkolenia Antoni Piechniczek nigdy nie krył swoich antypatii wobec stolicy. Z kolei nowy wiceprezes ds. organizacyjno-finansowych Rudolf Bugdoł to szef Śląskiego ZPN. Człowiek, który do ostatniej kropli krwi walczył o licencję Polonii Bytom, na czym ucierpiał m.in. Znicz Pruszków.
Oj, chyba długo nie obejrzymy reprezentacji Polski w naszej stolicy…



Koniec 2006 roku. Europejska Unia Piłkarska ogłasza listę największych piłkarskich talentów z poszczególnych krajów Starego Kontynentu. W Polsce zaszczytnym i zobowiązującym tytułem może pochwalić się Radosław Matusiak. W Macedonii – Filip Ivanovski, za którego zaraz Groclin zapłacił 800 tys. euro.




