Archiwum dla ‘Maciej Białek’ Kategoria

Maciej Białek: Trafalgar, Lipsk i Waterloo w jednym

30 marca 2009

Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych – mówił Napoleon. Jak się okazało w Belfaście, dla kadry Leo Beenhakkera również.

Podobno każda drużyna co kilka lat ma swoje Waterloo. W 2001 roku Niemcy ulegli u siebie Anglii 1:5, z kolei Anglicy w kwalifikacjach Euro 2008 przegrali z pewną awansu Chorwacją 2:3. Jesienią 2004 roku Rosja uległa Portugalii 1:7, która chwilę wcześniej zremisowała 2:2 z Liechtensteinem.

Niestety, Polska wyłamuje się z reguły o jednym Waterloo. W ciągu ostatniego roku co druga potyczka to porażka lub remis w żenującym stylu. Marzec 2008 r. – 0:3 u siebie z USA, czerwiec – 1:1 z Austrią (pierwsza połowa!) i porażka 0:1 z rezerwami Chorwacji. W sierpniu koszmarek z Ukrainą (0:1), we wrześniu wpadka u siebie ze Słowenią (0:0, blamaż od 30. minuty), a w październiku dno na Słowacji (1:2).

To już nie jest jedno Waterloo. To, trzymając się historii Napoleona, klęski pod Abu Kirem, Trafalgarem, kampania moskiewska, Bitwa Narodów pod Lipskiem i Waterloo w jednym.

Po ucieczce z Elby Napoleon miał swoje słynne 100 dni. Leo, po klęsce w Austrii, dostał już ponad dziewięć miesięcy. Przykro pisać, ale to chyba o dziewięć miesięcy za dużo.

Maciej Białek: Starszy straszy, młodość nie idzie

16 marca 2009

mbialek21.jpgKasai, ten stary Kasai, ciągle jeszcze straszy rywali – powiedział po pierwszej serii skoków w Vikersund komentator TVP. Japończyk ma 37 lat. Dokładnie tyle, ile Piotr Świerczewski i Tomasz Hajto, a dwa lata więcej niż Tomasz Frankowski. Jeśli Kasai straszy, to co dopiero napisać o wspomnianej trójce? Tak straszą młodszych rywali w polskiej lidze, że co kolejka, to jakiś zawał (sensacja).

Oparty na trzydziestokilkulatkach ŁKS wygrał na razie wszystkie wiosenne mecze, a Frankowski zdobył już trzy gole dla Jagiellonii. W meczu z Arką zwycięstwo zapewnił Piastowi 32-letni Marcin Bojarski.

Od razu przyznaję – uwielbiam sportowców drwiących z upływu czasu. Wszechogarniający kult młodości, wyścig szczurów i destrukcyjnie szybkie tempo życia sprawiają, że wiek średni staje się u nas wstydliwym ciężarem. Na szczęście nie w futbolu.

Ale w tym zachwycie nad piękną „starością” ekstraklasy jest też zaduma i niepokój. Leo Beenhakker twierdzi, że mamy mnóstwo zdolnych piłkarzy. Gdzie? Po drugie – jak przepaść dzieląca weteranów od reszty świadczy o wybrankach Beenhakkera, który na naszych graczach poniżej 26. roku życia opiera swoją kadrę ligowców?
„To idzie młodość (…) To ona odrodzi świat” – śpiewał zespół Mazowsze w latach wczesnego PRL. Świata nie odrodziła, teraz nawet w lidze potyka się o „starcze laski”.

M. Białek: Cud w krainie biednej jak żebraczy grosz

8 marca 2009

mbialek.jpgNieprawda, że ostatni błędny rycerz pojął, że odejść czas, że nie ma sensu walczyć już. On żyje wciąż (…)” – wystarczy, że z pięknej piosenki Michała Bajora słowo „błędny” zamienimy na „biedny” i mamy jako żywo sytuację ŁKS. Od wielu lat nazywanego wyjątkowo celnie „Rycerzami Wiosny”.

Wyobraźmy sobie zatem rycerza z dziurawym hełmem, zardzewiałym naramiennikiem, zużytą kopią i nałokietnikiem kupionym gdzieś w skupie złomu. Na półmetku poprzedniego sezonu drużyna, która co roku jakimś cudem niemal wyrywa PZPN-owi z gardła licencję, wydawała się pewnym kandydatem do spadku. Zimą musiała np. oddawać piłkarza do Zawiszy Rzgów, dzięki czemu czwartoligowy klub opłacił 12 treningów łodzian. O grzybie na ścianie w szatni nawet nie wspomnę.
„Obcy mu spokój święty i snu cieplutki koc” – śpiewa dalej Bajor o rycerzu. Tej zimy w ŁKS było równie dramatycznie. Zaczęło się od strajku piłkarzy. Potem żadnego zagranicznego zgrupowania, żadnego sparingu w normalnych warunkach, a presja wyniku ogromna. Do drużyny dołączali piłkarze niechciani w innych klubach, w tym Piotr Świerczewski, który zimą trenował tylko z tancerkami i instruktorkami fitness.
I co? Drużyna, której średnia wieku przekracza 30 lat, a zawodnicy dostaną pieniądze dopiero po utrzymaniu w lidze, wygrała właśnie drugi mecz z rzędu (z Cracovią), na dodatek przegrywając w 88. minucie 2: 3!
Postawa ŁKS ośmiesza nie tylko połowę drużyn polskiej ekstraklasy (łącznie 12 punktów w ostatnich pięciu meczach), ale również nakazuje wątpić w sens drogich i efektownych wyjazdów zagranicznych. Można zostać w Polsce, taplać się w błocie, a potem lać wszystkich na potęgę.
Na koniec jeszcze raz zanurzę łyżkę w twórczości Bajora (tym razem „Ballada o brzasku”). „W krainie biednej jak żebraczy grosz, do bramy biec chciał ktoś, by wyrwać kilka promieni (…)”. Łodzianie wyrwali już tak wiele, że oślepili rywali.

Maciej Białek: Wiciowce i okoń, czyli derby na niby

1 marca 2009

mbialek2.jpgŁańcuch detrytusowy – zgodnie z definicją z Wikipedii „zaczyna się od martwej materii organicznej, roślinnej lub zwierzęcej, poprzez mikroorganizmy i zwierzęta saprofagiczne, do drapieżników. Np. martwa materia organiczna – wiciowce – okoń – szczupak – człowiek“.

W futbolu łańcuch wydarzeń prowadzący do zdobycia gola wygląda najczęściej mniej więcej tak: pierwsze podanie – drugie – trzecie – czasami czwarte lub piąte – i strzał na bramkę. Wszystko zaczyna się od pierwszego podania. No właśnie…

Podczas piątkowego meczu Polonii z Legią zdecydowanie za dużo akcji obu zespołów, zwłaszcza gości, kończyło się po pierwszym lub drugim kontakcie z piłką. Legionista przejmował ją po niecelnym zagraniu polonisty, jednak podawał tak nieudolnie, że za chwilę piłkę znów miał piłkarz gospodarzy. Ale i oni nie cieszyli się zbyt długo, bo następne dotknięcie piłki było już dziełem legionisty. Innymi słowy – próba konstruowania akcji
w derbowym meczu kończyła się tam, gdzie w naszym przykładzie łańcucha detrytusowego znajdują się wiciowce lub – w najlepszym razie – okonek.

„I pomyśleć, że w domu mam takie dobre winko“ – westchnął na trybunach jeden z byłych reprezentantów Polski, cierpiąc katusze na widok bezładnej kopaniny na boisku. Marzł, kręcił z niedowierzaniem głową i, podobnie jak wiele osób siedzących obok, żałował decyzji o przyjściu na Konwiktorską.

Smutny to był wieczór. Jedna część trybuny głównej (z prawej strony) prawie pusta, kibice gości daleko w Galerii Mokotów, a na parkingu samochodowym błoto po kostki.

Na boisku kilka gwiazd polskiej piłki, które były myślami gdzieś na sparingu w Turcji lub Hiszpanii, ewentualnie przy konsoli PlayStation.

O tym, że derby mogą być świętem futbolu, przekonano się dzień później na Śląsku (40 tysięcy ludzi na spotkaniu Ruch – Górnik). Te warszawskie, z wielu powodów, już dawno pozostawiają sporo do życzenia. Ot, taki nasz przerywany łańcuch detrytusowy.

M. Białek: Wielkie nazwiska w małej piaskownicy

9 lutego 2009

mbialek2.jpgNie wiem, czy konflikt PZPN z Leo Beenhakkerem potrwa dłużej niż w XVII wieku słynna wojna 30-letnia, ale wiem, że już trwa zdecydowanie za długo. Obie strony co chwila się szturchają i szarpią, mając w kibicach liczną widownię. Można to nazywać wojną podjazdową, żenującym spektaklem, małżeństwem dwóch zwaśnionych stron (które z powodów finansowych boją się rozwodu) lub wreszcie zabawą małych chłopców w piaskownicy.

O romansie selekcjonera reprezentacji Polski z Feyenoordem mówi się od dwóch lat. Gdy tylko klub z Rotterdamu ma kłopoty, próbuje sprowadzić na odsiecz swojego rodaka, który – o czym chyba w wielkim porcie zapominają – zarabia tutaj ok. 800 tys. euro rocznie.

Pal licho, że Feyenoord chce Leo. Ma prawo marzyć, w końcu to wielkie nazwisko w dziejach tego klubu, postać wybitna w swoim fachu. Gorzej, że sam Beenhakker robi niewiele, żeby w Holandii o nim na razie zapomniano. Mało tego – właśnie poprosił prezesa PZPN Grzegorza Latę, by pozwolił mu w czasie „wolnym od reprezentacji” pomóc rodakom z Kraju Tulipanów. Taka postawa Holendra jest oczywiście wodą na młyn dla władz PZPN, preferujących – łagodnie rzecz ujmując – polską myśl szkoleniową. Nic dziwnego, że tajna rozmowa Beenhakkera z Latą przedostała się do mediów. Kolejny romans Holendra z Feyenoordem może się polskim kibicom nie spodobać, co będzie mocnym atutem PZPN w wojnie podjazdowej (konflikcie, żenującym spektaklu, kryzysowym małżeństwie, zabawie w piaskownicy – niepotrzebne skreślić).

Szczypany delikatnie przez PZPN Beenhakker coraz częściej myśli o Feyenoordzie, co naraża go na krytykę PZPN, która z kolei coraz bardziej irytuje Holendra. I tak w koło Macieju.

Nie chcę popadać w niepotrzebny patos, ale obawiam się, że najbardziej ucierpi na tym polska piłka. A co ze zwaśnionymi stronami? W końcu jedna polegnie, bo – jak pisał Bertrand Russell – „wojna nie rozstrzyga, kto ma rację, lecz kto ma odejść”.

Maciej Białek: Kiedyś mu podziękowano

13 stycznia 2009

mbialek2.jpgSezon 2004/2005 w II lidze. Borykający się z kłopotami kadrowymi Widzew ściąga na trzy pierwsze mecze zawodników niższych klas. Po kilku spotkaniach bez żalu dziękuje młodzianom za usługi, sprowadzając w ich miejsce m.in. doświadczonych Szweda, Kubika, Probierza i Plewnię.

Niby nic dziwnego. Pierwsze trzy mecze Widzew przegrał, ale rywalami były drużyny, które wkrótce awansowały do ekstraklasy. Działaczom i szkoleniowcom łódzkiego klubu zależało na szybkich sukcesach, więc nie wpadli na pomysł, żeby przynajmniej jednego z młokosów rzuconych na głęboką wodę zatrzymać na dłużej.

Ta uwaga dotyczy wielu polskich klubów. W pogoni za wynikiem wolą sprowadzać wyjadaczy, zamiast okazać trochę zaufania juniorom. Czasami warto. Dlaczego? Bo wtedy jednym ze skreślonych w Widzewie był Tomasz Jodłowiec.

M. Białek: Przykry cios dla Warszawy i Kijowa

30 października 2008

mbialek21.jpgNie mam moralnego prawa krytykować nowego prezesa za winy jeszcze niepopełnione, ba – życzę mu jak najlepiej. Jeśli powiedzie się Grzegorzowi Lacie, powiedzie się również całej polskiej piłce. Jak na mundialu w 1974 roku.

Dalsze lukrowanie nie ma jednak sensu, bo już teraz widzę dwa poważne zagrożenia. Dla Kijowa i Warszawy. Wczorajsze ostre wystąpienie Hryhorija Surkisa nie spodobało się delegatom na sali, w tym Lacie. Nowy prezes związku był wyraźnie zdegustowany postawą wszechmocnego „Griszy”. Do tego stopnia, że zrewanżował się w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”. Na pytanie dziennikarki o wstrzymanie przygotowań większości obiektów na Ukrainie (z powodu kryzysu na świecie) nowy szef związku wypalił: „Możemy zorganizować Euro 2012 np. z Niemcami”.

To już nawet nie jest niezręczność, to koszmarny samobój, którego prezes Lato nie powinien sobie strzelać. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje PZPN, jest psucie stosunków z partnerami z Ukrainy. Nawet jeśli oni zachowują się nieelegancko.

Ale nie tylko Kijów ma nie po drodze z nowym PZPN. Stracić może również Warszawa. Powołany na stanowisko wiceprezesa ds. szkolenia Antoni Piechniczek nigdy nie krył swoich antypatii wobec stolicy. Z kolei nowy wiceprezes ds. organizacyjno-finansowych Rudolf Bugdoł to szef Śląskiego ZPN. Człowiek, który do ostatniej kropli krwi walczył o licencję Polonii Bytom, na czym ucierpiał m.in. Znicz Pruszków.

Oj, chyba długo nie obejrzymy reprezentacji Polski w naszej stolicy…

M. Białek: „Nie dziękujemy ci, kapitanie”

12 października 2008

mbialek.jpgOd soboty piłkarska Polska ma nowych bohaterów – przede wszystkim Pawła Brożka i Jakuba Błaszczykowskiego.  Kibice słusznie prześcigają się w komplementach pod ich adresem, cmokają z zachwytu, wychwalają pod niebiosa. Do kiedy panowie B. pozostaną herosami naszego futbolu? Do swojego ostatniego meczu w kadrze narodowej. Ani minuty dłużej. Potem odejdą w zapomnienie. Tak jak Jacek Bąk.

96-krotny reprezentant Polski, który po finałach Euro 2008 zakończył karierę  w reprezentacji, został uroczyście pożegnany przed meczem z Czechami. A właściwie miał zostać, bo zacietrzewieni w nienawiści do PZPN kibice na Stadionie Śląskim, zamiast poświęcić Bąkowi choć minutę uwagi (spiker bezskutecznie apelował do nich o brawa),  w czasie pożegnania doświadczonego obrońcy obrażali związek z Miodowej. Gdy skończyli, na stadionie zapanowała na chwilę cisza.
– I dobrze, że odchodzi. Wreszcie!!! – wrzasnął jakiś jegomość z błędnym wzrokiem, który przez niedopatrzenie organizatorów otrzymał miejsce w loży prasowej. Tak „podziękowano” Bąkowi za awans do MŚ 2002, 2006 i ME 2008, za 15 lat gry w reprezentacji, za trzy gole, za siniaki w meczu z Ormianami w 2001 roku.
Nawet nie chce mi się wspominać „powitania”,  jakie zgotowali niedawno Bąkowi pseudokibice Lecha (piłkarz został zaatakowany w hotelu przed meczem jego Austrii Wiedeń). Pewnie, że zdarzały się Bąkowi słabsze mecze w reprezentacji, ale kto z naszych piłkarzy jest w tej materii bez grzechu?
Jeśli kibice chcą czcić nowych piłkarskich b (r) ożków, warto, żeby pochylili się nad dorobkiem ich starszych kolegów. Zwłaszcza że – przywołam słowa Józefa Piłsudskiego – „kto nie szanuje przeszłości, nie jest godzien szacunku ani prawa do przyszłości”.
Ale co tam… Niech sobie pismak gada i wywołuje duchy. Polska wygrała, prowadzi w grupie, znów zachwyca, naród szaleje ze szczęścia. Wołanie o szacunek dla eks-kapitana kadry zginie w tumulcie tłumu, który padnie na kolana przed nowymi bohaterami.

M. Białek: Biała flaga ministra, czyli małe argumenty i wielka porażka

7 października 2008

mbialek2.jpgMinister Mirosław Drzewiecki podczas krótkiej konferencji starał się przekonać, że zrealizował swoje cele w wojnie z PZPN. Mnie nie przekonał. Przegrał z kretesem jeszcze większym niż jego poprzednicy (Jacek Dębski, Tomasz Lipiec).

Styl porażki obecnego ministra jest przykry, ale spodziewany. Dębski i Lipiec mieli bowiem znacznie więcej argumentów i podstaw do wojny z PZPN. Drzewiecki nie miał prawie nic.

Łamanie prawa przez związek? Przez dwa tygodnie bezskutecznie czekaliśmy na szczegóły. Przebąkiwano tylko o zarządzie działającym w niepełnym składzie. Świetnie, ale o tym wiadomo od prawie dwóch lat, gdy policja zatrzymała Wita Ż.

Minister Drzewiecki prawie niczego nie wywalczył. Komisja czwórstronna z prof. Kleiberem? Ona działa od półtora roku! Razem ze związkiem przygotowywała nowy statut i wybory. A te odbędą się 30 października, czyli tak jak chciał PZPN.

Jak napisał George Orwell, „najszybszy sposób na zakończenie wojny to ją przegrać“, ale to chyba marne pocieszenia dla szefa polskiego sportu.

Kolejną porażkę ministra ze skostniałym i niereformowalnym PZPN odtrąbuję bez satysfakcji, ale i bez specjalnego żalu. Zwłaszcza po tym, jak jeden z polityków PO powiedział w Radiu Zet: „Skoro pojawili się tacy kandydaci na prezesa PZPN, to trzeba było wprowadzić kuratora”.

M. Białek: Cenna deklaracja Bońka

17 września 2008

mbialek2.jpgNiewiele z pozoru znacząca informacja sprzed tygodnia o tym, że Zbigniew Boniek odsprzedał swoje ostatnie udziały w Widzewie, tak naprawdę dotyczyła całej polskiej piłki. Boniek zerwał oficjalne kontakty z łódzkim klubem, bo teraz będzie walczył w swoim imieniu. Chce być prezesem PZPN? Świetnie, bo to znakomity kandydat. Szkoda tylko, że nie ma szans. Od zawsze w PZPN wygrywają ci, których popierają działacze z terenu. Nie wskażą na człowieka, który w polskim środowisku piłkarskim ma więcej wrogów niż przyjaciół.

Bez względu jednak na zerowe szanse Bońka jego deklaracja o chęci kandydowania jest bardzo cenna. Po latach stania z boku naszego futbolu najsłynniejszy w świecie polski piłkarz znów chce o nim decydować. I przyszły prezes PZPN, dobierając współpracowników, musi się z tym liczyć. Lepiej mieć Bońka u siebie, o czym już w 1982 roku przekonali się Belgowie.
Michał Listkiewicz? Nie ekscytuję się narodowym dylematem „odejdzie, czy zostanie”, bo PZPN bez Listkiewicza wcale nie będzie lepszy niż teraz.

No, chyba że wygrałby Boniek. Niestety, terenowi działacze to przeszkoda znacznie trudniejsza do przejścia niż na mundialu w 1982 roku defensywa w składzie: Renquin, Meeuws, Millecamps i Plessers.

M. Białek: Mąka nie przypadek, losowi z rąk nie leci

14 września 2008

mbialek.jpgAwans Polonii do ekstraklasy nie miał ze sportem nic wspólnego (wchłonięcie innego klubu), ale przyniósł polskiej piłce co najmniej jedną ogromną korzyść. Dzięki kupieniu Groclinu w najwyższej klasie może występować Daniel Mąka.
Pozostawanie takiego zawodnika w dawnej drugiej lidze byłoby egoizmem (klubu, który go zatrudnia) i głupotą (piłkarza, który zmarnowałby kolejny sezon). Na szczęście najlepsi gracze drugiego frontu z poprzedniego sezonu mogą pokazać się w ekstraklasie. Lewandowski (w poprzednim sezonie Znicz Pruszków), Peszko (Wisła Płock) i Mąka. Trzy nazwiska, trzy nowe gwiazdy polskiej piłki.
W przypadku Mąki satysfakcja tym większa, że od dawna apelujemy do Legii i Polonii o docenianie zawodników z Warszawy i okolic. Tutaj naprawdę jest z kogo wybierać.
Wychowanek Agrykoli ma cztery gole w ekstraklasie. Przypadek? Skąd! Jak napisał satyryk i aforysta Władysław Grzeszczyk, „przypadek jest tym, co losowi wypada z rąk”.
A Mąkę los mocno trzyma w swoich dłoniach i szykuje mu świetlaną przyszłość.
W Bytomiu hat trick 20-letniego polonisty oglądał  asystent Leo Beenhakkera – Rafał Ulatowski. Na  miejscu Mąki nie wyłączałbym komórki przed październikowym meczem reprezentacji z Czechami.

Maciej Białek: Matusiaków dwóch, czyli lekcja Fiodora

1 września 2008

Koniec 2006 roku. Europejska Unia Piłkarska ogłasza listę największych piłkarskich talentów z poszczególnych krajów Starego Kontynentu. W Polsce zaszczytnym i zobowiązującym tytułem może pochwalić się Radosław Matusiak. W Macedonii – Filip Ivanovski, za którego zaraz Groclin zapłacił 800 tys. euro.

Nic dziwnego, że media bardzo szybko ochrzciły nowego zawodnika klubu Zbigniewa Drzymały (dzisiaj Polonii) „macedońskim Matusiakiem”.

Przez kolejne dwa lata obaj Matusiakowie – nasz i ten z Bałkanów – spuszczali z tonu, zresztą bardzo zgodnie. Aż nastały ostatnie dni sierpnia A. D. 2008. Polski Matusiak, obecnie 26-letni, ustami swojego ojca ogłosił zakończenie kariery. Ivanovski strzelił cztery gole w dwóch meczach ekstraklasy (czyli o jeden mniej niż w całym poprzednim sezonie), zapewniając warszawskiemu klubowi dwa zwycięstwa.

Nowa Polonia ma nowego idola. Z Macedonii. Ten polski gdzieś w Płocku – przy głośnym akompaniamencie mediów – smakuje swoją klęskę.

W tym samym czasie wyczyn Ivanovskiego skopiował Marcin Komorowski. Obrońca, który nie zrobił kariery w Bełchatowie, ŁKS i Zagłębiu Sosnowiec, został w sobotę bohaterem Bytomia. W meczu miejscowej Polonii z Lechią (4: 1) strzelił na bramkę faworyzowanych rywali trzy razy. Efekt? Trzy gole, każdy zdobyty w inny sposób, z czego pierwszy już dzisiaj można ogłosić golem rundy jesiennej. Kto widział, nie żałował. Kto przeoczył, niech zobaczy.

Komorowski, wcześniej rezerwowy w Polonii, strzela lewą nogą. Polecanie go już teraz do kadry byłoby szaleństwem, ale nie zaszkodzi zapomnieć, jak cenieni (nie tylko w Polsce) są lewonożni gracze.

Jak napisał kiedyś Fiodor Dostojewski, „być bohaterem przez minutę, godzinę jest o wiele łatwiej niż znosić trud codzienny w cichym heroizmie”, co chyba idealnie puentuje historię Radosława Matusiaka. A zatem, panowie Ivanovski i Komorowski. Gdy uleci świeży zapach drukowanych w nocy z niedzieli na poniedziałek gazet z waszymi nazwiskami w glorii bohaterów, trzeba będzie jeszcze mocniej zakasać rękawy i potwierdzać co tydzień swoje nieprzeciętne możliwości. Po to, żeby w wieku 26 lat nie zaczynać życia od nowa.

M. Białek: Słownik PZPN

7 lipca 2008

mbialek.jpgDecyzja w sprawie Polonii Bytom jest ostateczna – zapewniał ponad miesiąc temu PZPN, gdy nie przyznał śląskiemu klubowi licencji na grę w ekstraklasie. Później tę ostateczną decyzję skonsultował z UEFA. I choć europejska federacja pozbawiła złudzeń Polonię, związek zbagatelizował ten szczegół i znów pochylił się nad losem śląskiego klubu.

Pochylił, po czym ponownie podjął ostateczną decyzję o nieprzyznaniu bytomianom licencji. Potem ostateczności było jeszcze kilka (tak jak w przypadku równie ostatecznych dymisji Michała Listkiewicza), aż w końcu zarząd PZPN po raz dziesiąty czy piętnasty skierował sprawę do ostatecznego rozpatrzenia przez Komisję Licencyjną.
No i ostatecznie bytomianie dopięli swego.
Niedawno działacze PZPN zastanawiali się, jak odchudzić swój związek (przy okazji nowego statutu). Niech zlikwidują Komisję Licencyjną. Po co utrzymywać ciało, którego decyzje są nieważne? W słowniku PWN termin „ostateczny” oznacza: „taki, który jest ostatnim etapem jakiegoś działania lub procesu i nie ulegnie już zmianie”. Czekam, kiedy swój słownik wyda PZPN. Przy okazji ciekaw jestem, czy umieści  (i jak objaśni) hasło „kompromitacja”.

Maciej Białek: Axle są nieistotne, tutaj triumfują bestie

22 czerwca 2008

mbialek27.jpg“Wiele trzeba mocy, by umieć żyć, wiedząc, jak bardzo życie i niesprawiedliwość są ze sobą złączone” – napisał kiedyś Fryderyk Nietzsche. Po ćwierćfinałach w Austrii i Szwajcarii jego słowa nabierają szczególnego znaczenia. Od razu zaznaczam – porażki Portugalii, Chorwacji i Holandii w walce o medale Euro 2008 nie są dla mnie niespodzianką. Po prostu taka jest historia i logika wydarzeń podczas mistrzostw Europy. Tutaj wygrywa ten, kto gra brzydziej (reguła nie tyczy Rosji).

Pamiętacie państwo finały w Portugalii cztery lata temu? Nie było dziennikarza, który nie zachwycałby się stylem gry
Czechów. W półfinale Nedved, Baros i koledzy mieli zmieść bezbarwnych, ale konsekwentnych do bólu Greków. Nie zmietli (0:1).

Piłka to nie łyżwiarstwo figurowe. Chorwaci w meczu z Niemcami kręcili na boisku nieziemskie piruety, skakali rittbergery i axle, ale to ich przyspawani do lodu rywale mają już medal. W tym czasie piłkarze Bilicia robią sobie okłady na biodrach po bolesnym upadku w meczu z Turkami.

– Ta porażka będzie mnie nękać do końca życia – mówi zrozpaczony Bilić.
Zapomina o słowach jednego z byłych amerykańskich rugbistów, porównującego tę dyscyplinę do piłki: „Rugby to bestialska gra, w którą grają dżentelmeni, piłka nożna to dżentelmeńska gra, w którą grają bestie”.

Bez powrósła snop jest tylko słomą, czyli jak Hiddink obudził po 20 latach niedźwiedzia

21 czerwca 2008

                 mbialek251.jpg        
Sądziliśmy, że krew w naszych żyłach już dawno się nie burzy, że zastygła, prawie zamarzła
” – napisał po meczu Sbornej ze Szwecją (2: 0) rosyjski „Sport-Express”. Moskiewska prasa dodawała, że „Guus Hiddink nauczył rosyjskiego niedźwiedzia tańczyć z piłką”.

Ładnie napisane, ale za lekko. Nie chodzi tylko o naukę tańca. Holender przede wszystkim obudził niedźwiedzia. „Bestię”, która spała od 20 lat (od czasu występu w przegranym finale ME 1988).

Po rozpadzie ZSRR Rosja dwukrotnie grała w finałach mistrzostw świata i dwukrotnie w finałach Euro, ale nigdy nie wyszła z grupy. Aż zatrudniła za 2 mln euro rocznie Hiddinka.

Jak mówi jedno z rosyjskich przysłów, „bez powrósła snop jest tylko słomą”. Mnóstwo słomy (świetnych piłkarzy) Rosjanie mieli już od dawna. Powrósło znaleźli w Holandii.

W ubiegłą sobotę miałem okazję być na meczu Grecji z Rosją w Salzburgu. Zauroczony pięknem tego miasta nie ogarniałem do końca wydarzeń dziejących się na boisku. Owszem, widziałem zmierzch piłkarskich bogów (trochę przypadkowych), którzy już chyba nigdy nie powtórzą mistrzostwa Europy z 2004 roku. Skoncentrowany na greckiej tragedii w mieście Mozarta nie zauważyłem, że w dniu, gdy upada jedna potęga, rodzi się inna. Potężniejsza, bogatsza, niezmierzona. Niedźwiedzie obudzone po długim śnie idą na polowanie. Ten rosyjski zdążył przez 20 lat bardzo zgłodnieć. I na pewno pamięta, że wtedy – w 1988 roku – został uśpiony przez Holandię.