Archiwum dla ‘Mirosław Mazanec’ Kategoria

M. Mazanec: Ramy już są, trzeba tchnąć w nie życie

25 lipca 2008

fot-2-mazanec-cz-b-ryszard-waniek.jpgWygląda na to, że kłopoty z remontem Krakowskiego Przedmieścia będą niczym w porównaniu do kłopotów z odpowiedzią na pytanie: Co dalej z Traktem Królewskim?

Nie wiem, czy miejscy urzędnicy mają świadomość, że teraz przed nimi prawdziwa próba. Trzeba pomyśleć! Już nie wystarczy kontrolować, czy firmy remontowo-budowlane dotrzymują terminów i realizują wybraną koncepcję. Czas na określenie, czym Krakowskie Przedmieście ma być. Ekskluzywnym „salonem stolicy“ z restauracjami, sklepami i galeriami? Artystyczno-alternatywnym miejscem tętniącym życiem 24 godziny na dobę? Czy może, pozostawione samo sobie, stanie się elegancką ulicą „przelotową“ z filiami banków, po której przemykać będą turyści w drodze na pl. Zamkowy i Stare Miasto?
Czy prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz i jej ekipa pomyśleli, co będzie, gdy remont się skończy? Moim zdaniem – nie. Dopiero teraz – po tym gdy nad przyszłością Krakowskiego Przedmieścia pochyliły się media, a wraz z nimi warszawiacy żywo dyskutujący na internetowych forach – miasto zaczyna chyba zdawać sobie sprawę, że coś musi robić. Że powinno stworzyć preferencyjne warunki dla kawiarni, restauracji czy galerii, tworzących klimat ulicy. Że może przynajmniej spróbować zablokować wejście na Krakowskie bankom. Że może animować życie kulturalne, przenosząc tam festiwale uliczne.
Nasz cykl, prowadzony z TVP Warszawa, to dopiero początek debaty. Debaty trudnej, bo, jak to w Polsce, ilu rozmówców – tyle pomysłów. Jedne dobre, drugie złe. Ale dobrze, że są. Jest z czego wybierać. Już widać, że tej miejskiej przestrzeni nie pozostawimy samej sobie. Remont stworzył ramy, które trzeba zapełnić, w które trzeba tchnąć życie. Dlatego – pani prezydent – proszę mieć świadomość, że w tej sprawie wyjątkowo dokładnie będziemy się przyglądać każdej podjętej przez miasto decyzji.

M. Mazanec: Oddajcie Frycka ludziom

10 kwietnia 2008

mmazanec.jpgWarszawa, przełom września i października 2009 r. Wyludnione ulice, puste knajpy i centra handlowe. Ludzie w autobusach i tramwajach z wypiekami na twarzy komentują występ młodego zdolnego pianisty w filharmonii. Przed jej budynkiem, w którym rozgrywa się konkurs chopinowski – tłumy. Biletów co prawda nie ma od pół roku nawet u koników, ale co z tego, każdy chce być jak najbliżej tego miejsca, bo wie, że dzieją się w nim rzeczy niezwykłe… Przesadzam?

Pewnie że tak. Ale prawda jest taka, że nie znam nikogo, kto z własnej, nieprzymuszonej woli, poszedłby na festiwalowy koncert. A Chopin póki co to cepelia w Żelazowej Woli, koncerty w Łazienkach i elitarny konkurs dla wyrobionej publiczności. A ja, prosty chłop, też chciałbym mieć z genialnego kompozytora odrobinę przyjemności. Dlatego nie będę niszczyć autorki pomysłu wyrzucania atrapy fortepianu przez okno, zarzucać jej mijania się z prawdą historyczną. Nie będę zgrywał oburzonego mądrali, wstrząśniętego brakiem poszanowania dla instrumentu, kompozytora i Bóg wie jeszcze kogo. Wprost przeciwnie. Przyklasnę pomysłowi Katarzyny Ratajczyk i każdego, kto sprawi, że Warszawa przestanie być nudna. I odda mi Chopina.