Archiwum dla ‘Monika Górecka-Czuryłło’ Kategoria

Monika Górecka-Czuryłło: Sprawa dzieci w rękach naszych

19 sierpnia 2008

mgoreckaczuryllo.jpgNa Starówkę nie idę – kategorycznie oświadcza ośmioletni Piotrek. – Tam nic nie ma. Jakiś pan straszy toporem albo chodzą klauni na szczudłach i myślą, że są śmieszni.

Chłopak krzywi się też na zwykły park. No bo ile można spacerować po alejkach albo nawet jeździć po nich rowerem? Park jest dobry na dorosłe spacery albo randki. A co z dzieciakami? Tymi stawiającymi pierwsze kroki i tymi, które lubią wyhasać się do utraty tchu? Oferta miejsc plenerowych, gdzie można z dziećmi fajnie spędzić czas, jest spora, w porównaniu z tym, co było jeszcze kilkanaście lat temu. Ale nie wiemy o istnieniu ich wszystkich. Dlatego miasto proponuje wydanie folderu „Warszawa dla dzieci” z propozycją miejsc przyjaznych maluchom w rożnym wieku. Więc zamiast ciągnąć dziecko na nieśmiertelną Starówkę czy iść na ten sam co zawsze plac zabaw, rozejrzyjmy się wokół i podpowiedzmy coś. Może gdzieś w plenerze zbierają się grupy mam z niemowlakami? A może na osiedlu są wystawiane bajki dla malców? Warto nawet polecić dobrze wyposażone boisko. Bierzmy sprawy w swoje ręce! Zgłoszenia do środy: sekretariat@warsawtour.pl.

M. Górecka-Czuryłło: Jak Pan może, Panie Pomidorze!

27 lipca 2008

mgoreckaczuryllo1.jpgPan pomidor wlazł na tyczkę i przedrzeźnia ogrodniczkę…“ To znany wierszyk Jana Brzechwy, który czytamy dzieciakom, nie zdając sobie zazwyczaj sprawy, że opowiadamy im o naszej rzeczywistości.

Na przykład związany z Hanną Gronkiewicz-Waltz i Platformą Obywatelską bankowiec Andrzej Jakubiak, zarabiający dobrze, został „oddelegowany“ do pracy w mieście. Nie ma rady. To służba… Ale w mieście kasa średnia. Jest ustawa kominowa, więc nie można wynająć fachowca za godziwe pieniądze. No to biedny, żeby utrzymać dotychczasowy status materialny, dorobić musi. A gdzie? W spółkach miasta. Bo, zgodnie z prawem, tam może. Ale „oburzyło to fasolę: A ja panu nie pozwolę, jak pan może, panie pomidorze“ – przywołują urzędników do porządku zwolennicy transparentności władzy. Ale nie tylko, bo „groch zzieleniał aż ze złości: że też nie wstyd jest waszmości…“. Jak to, nie dość, że wiceprezydent czy burmistrz zarabia więcej niż nauczyciel, to jeszcze mają dorabiać? Nawet „rzepka go zagadnie: Fe! Niedobrze! Fe! Nieładnie!“. Tropimy dodatkowe dochody, przecież są nagrody prezydenta i premie. „Rozgniewały się warzywa. Pan już chyba nadużywa. Jak pan może, panie pomidorze“. Na końcu wierszyka pomidor zrobił się czerwony ze wstydu. Miejscy urzędnicy w pąsach raczej nie staną. Nie muszą. Dobrze wykształcony człowiek na stanowisku powinien zarabiać godziwe pieniądze. Ale z drugiej strony warto też pamiętać, że:  „murarz domy muruje, krawiec szyje ubrania, ale gdzieżby co uszył, gdyby nie miał mieszkania…“

M. Górecka-Czuryłło: W supermarketach już słychać szkolny dzwonek

23 lipca 2008

mgoreckaczuryllo1.jpgCzyżbym przespała miesiąc? Niepewnie rozglądam się po supermarkecie. Wszędzie widzę artykuły szkolne. „Okazja“ – widnieje wielki napis na stercie kolorowych zeszytów. Obok stojaki z długopisami i cyrklami. Rozglądam się na boki. I jakoś przy tych akcesoriach nie widzę dzieciaków.

Omijają je szerokim łukiem. Grzebią raczej w ustawionych w kątach koszach z piłkami. Starsi rozglądają się za namiotami i karimatami. – Teraz chce pani kupić namiot? – dziwi się ekspedient. – Były w marcu, po Wielkanocy – wyjaśnia. No tak, pomyślałam. To najlepsza u nas pora na wypad pod namiot. Ale właściwie zrobiło mi się smutno. Przecież dopiero połowa wakacji. Dlaczego dzieciakom odbiera się radość beztroskiego odpoczynku? Dlaczego już zmusza się je do myślenia o szkole? Pal licho, że dorośli fundują sobie bożonarodzeniowe akcesoria, gdy na świecie jest złote Babie Lato. Albo ustawiają się do stoisk z barankami, kiedy jeszcze nie rozebraliśmy w domu choinki. Nie burzmy dzieciom normalnego poczucia czasu. Bo jak dorosną, to w czerwcu kupią w promocji świąteczne drzewko.

M. Górecka-Czuryłło: 22 lipca: rusza budowa stadionu

22 lipca 2008

mgoreckaczuryllo1.jpgGdyby dzisiaj był „stary”22 lipca, ruszylibyśmy na święto „organu PZPR”, by cierpliwie stanąć w kolejce po bułgarskie arbuzy albo prawdziwą czekoladę, którą „rzucili”, by przyciągnąć warszawiaków na festyn. Szczęśliwcy mogli nawet załapać się na brzoskwinie albo mandarynki. 22 lipca zawsze można też było pójść na „otwarcie”.

Na przykład w 1955 r. otwieraliśmy „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”, czyli Pałac Kultury, a cztery lata później z dumą szliśmy przez tunel Trasy W-Z. Niezapomniane było też lipcowe święto w 1973 r., kiedy to zszedł z taśmy produkcyjnej pierwszy mały fiat. Rok później ten samochód dla Kowalskiego mknął już nowoczesną Trasą Łazienkowską, otwartą też 22 lipca.

A dziś? Czekolada w każdym sklepiku, stragany uginają się od egzotycznych owoców. Ale władze nie otwierają nam hucznie ani nowej stacji metra, ani wyremontowanej ulicy. Tylko minister sportu i wojewoda stanęli na wysokości zadania. Ogłosili, że rusza budowa stadionu. Uff! jesteśmy uratowani. Coś jednak zostało z tych lat. Dobrze, że nie za wiele.

22 lipca – rocznica ogłoszenia w 1944 r. Manifestu Polskiego Komitetu Odrodzenia Narodowego

M. Górecka-Czuryłło: Urzędnicy od zdrowia dobijają Konstancin

16 lipca 2008

mgoreckaczuryllo.jpgZawsze mi się wydawało, że Ministerstwo Zdrowia to instytucja powołana, by dbać o nasze zdrowie. Zapewniać nie tylko dostęp do lekarzy, ale też stawać murem za coraz mniej licznymi enklawami przywracającej zdrowie natury, od klimatu poczynając, na zdrojach kończąc. Żyłam w błędzie.

Konstancin, pachnące rozgrzaną słońcem żywicą, jedyne uzdrowisko na Mazowszu, może niedługo stracić swój charakter. Ale nie dlatego, że zabraknie w nim wód leczniczych i powietrza, nie dlatego, że nie dbają o swoją miejscowość mieszkańcy. To urzędnicy od zdrowia zadają bolesne ciosy: chcą okroić obszar, który decyduje o uzdrowiskowym charakterze Konstancina. I jeszcze twierdzą, że te gorzkie pigułki są dla zdrowia. – Jeden teren zmniejszymy, ale inny ustanowimy – tłumaczą.

Może krojąc konstanciński tort, liczą, że każdy dostanie po kawałku: urzędnik, deweloper, lobbysta? I każdy będzie zadowolony. Oprócz mieszkańców, którzy za chwilę – zamiast w starym parku – obudzą się na wielkim, dudniącym placu budowy. Ale wtedy żaden lekarz już uzdrowisku nie pomoże. Sanatoryjne wille zatopione w zieleni będziemy oglądać już tylko na starych fotografiach.

M. Górecka-Czuryłło: Sprzedamy park, potem kawałek nieba

3 czerwca 2008

mgoreckaczuryllo.jpgPieniędzy w budżecie – nawet najbogatszego miasta – nigdy za wiele i dlatego gospodarni włodarze stolicy postanowili sprzedać park w centrum Warszawy. – I bardzo dobrze. Miasto to nie las. Tu wieże budować trzeba – powiedzą pragmatyczni inwestorzy, którzy już zacierają ręce, by zakupić grunt w najlepszym miejscu w stolicy.

Pewnie chętnie nabyliby kawałek Central Parku albo Pól Elizejskich, ale tego terenu jakoś nikt nie planuje sprzedawać.

Nie chcę być posądzana o malkontenctwo, ale już słyszę utyskiwania urzędników: Jak nie budujemy w centrum miasta, to źle, teraz – jak chcemy budować – to też źle. Wiem: inwestycje są miastu potrzebne. Warszawiacy czekają na nie, jak ogrodnik na pierwsze wschodzące kwiaty. Ale właśnie samych kwiatów już niedługo w Warszawie nie będzie. A betonowo-szklana pustynia, z nie wiem jak piękną, strzelistą architekturą, nie jest miejscem przyjaznym człowiekowi.

Może więc zanim zabuduje się stary park i rozjedzie buldożerem kwiatowe klomby, warto posłuchać nie tylko ekonomistów. Może coś mądrego do powiedzenia ma pan od przyrody albo uczony od wiatrów i wody? Nasi włodarze mają wokół swoich domów dużo zieleni. Nie wycinają starych drzew w Wawrze, i, jeszcze nie, w Wesołej. Mają też nad sobą błękitne niebo. To w centrum jest pewnie droższe. Może też warto je sprzedać?

M. Górecka-Czuryłło: Jak dostrzec światełko w tunelu

9 kwietnia 2008

mgoreckaczuryllo.jpgDworca Zachodniego do Euro 2012 nie zbudują, a Wschodniego nawet nie zaczną. O nowym Centralnym też możemy zapomnieć. Mosty opóźnione – trwają dyskusje, którędy je prowadzić. Kupcy w obskurnych budach okupują błonia stadionu. Nie wiadomo więc, czy architektom uda się w ogóle zrealizować wizję nowego obiektu na europejskie zawody. Obwodnicy nie ma, metra raptem kawałek ciągnie się pod ziemią. Drugiej linii też nie ma. Nic nie ma… To nie czarnowidztwo mimo wiosny za oknem. To dzisiejsze warszawskie realia.

Aż tu nagle pojawia się światełko w tunelu. I to dosłownie. Gdzie? W tunelu drugiej linii metra (projekty stacji II linii prezentujemy w dzisiejszej gazecie). Pod Świętokrzyską jest żółte, w rejonie stadionu ostro zielone. Ale to nie wszystko. Na peronach mamy też zobaczyć wyświetlane na wielkich ekranach pokazy mody, a także… słońce świecące na górze. A czekając na wagoniki, będziemy podziwiali współczesną sztukę, której nie mamy czasu zobaczyć w galerii.
Często, zapatrzeni w stołeczne braki, nie zauważamy takich światełek. Do momentu, aż ktoś inny nam je wskaże. Jak choćby kilka dni temu, gdy międzynarodowe jury za najładniejszą stację metra na świecie uznało właśnie naszą – Pl. Wilsona – zaprojektowaną przez Andrzeja Chołdzyńskiego. Może więc warto poszukać wokół siebie jakiegoś światełka. Nawet jeśli pociąg się spóźnia…

Monika Górecka-Czuryłło:Urzędniku, najpierw pomyśl, potem zrób

4 kwietnia 2008

mgoreckaczuryllo.jpgPójdzie Ola do przedszkola – cieszyło się już wielu rodziców trzylatków. Ręce zacierali też urzędnicy z ratusza. Bo to może bezduszny, ale sprawiedliwy komputer zdecyduje, która Ola pójdzie do przedszkola.Wreszcie nie będzie awantur, tłumaczenia, że przedszkola nie są z gumy. Miejsc dla wszystkich wystarczy. Będzie spokój. Sprawnie wprowadzony system rekrutacyjny wydawał się zbawienny dla urzędników.

Ale ratusz, zachłyśnięty komputeryzacją, zapomniał o starym powiedzeniu: najpierw pomyśl, potem zrób. I teraz musi zmienić zasady rekrutacji. I nawet nie przewiduje, jaką awanturę może wywołać. Kilkuset rodziców, którzy już liczyli na przedszkolną edukację swoich pociech, nie da za wygraną. A jeśli wśród niezadowolonych trafi się taka mama jak pani Monika Okrasa, która na głowę pobiła urzędników rozsądkiem, zaradnością i poczuciem sprawiedliwości?

Bo do kierowania ludzkim życiem potrzebne są rozum i serce. Nie wystarczy sztywny system komputerowy. Ciekawe, ilu urzędników przeszłoby pomyślnie nabór, gdyby to mieszkańcy wymyślili dla nich swój system rekrutacji.