Archiwum dla ‘Rafał Jabłoński’ Kategoria

R. Jabłoński: Klęski w łóżku i w kulturze

29 lutego 2008

rjablonski5.jpgI znowu przeżywamy pasmo narodowych klęsk. Otóż w kategorii europejskiego bzykania Polacy są na ostatnim miejscu. Właśnie media doniosły, że firma Durex, ta od kondomów, zleciła przeprowadzenie specjalistycznych badań. Kto z kim i ile razy. Wynik powalił mnie na ziemię.

Całe życie się starałem, zapoznawałem kolejne narzeczone, dzielnie znosiłem ich bóle głowy oraz neurastenię. I nic to nie dało. Znów jesteśmy w ogonie Europy.

Otóż – faceci mają u nas średnio po 12 partnerek. Nie na tydzień, nie na miesiąc, nawet nie w roku. Przez całe życie! Przejęty zgrozą, nie skomentuję tego. Baby zaś mają tylko po pięciu gachów. A potem
partie narodowo-katolickie dziwią się, że przyrost naturalny u nas mikry. Było po co walczyć z pornografią i agencjami towarzyskimi? Jak nie ma bzykania, to nawet becikowe nie pomoże. Obawiam się, że skarleliśmy.

Klęski ponosimy nie tylko w kraju. Właśnie za Atlantykiem uwalono pewien słuszny narodowo film. I nie mamy Oscara. Wstrząs w społeczeństwie był tak wielki, że na łamach jednego z portali co światlejsi młodzi internauci domagali się ogłoszenia żałoby narodowej. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jej nie ogłoszono.
A więc, żegnajcie orły, sztandary. Nic nam już nie zostało poza satysfakcją, że nikt nas nie rozumie. Jesteśmy honorkami. Niestety, pod tym pojęciem kryją się osoby zakompleksione i nieobyte. Coś jest na rzeczy. Bo gdybyśmy byli obyci, to wiedzielibyśmy, iż amerykańscy jurorzy nie przepadają za odrabianiem narodowej historii na ekranie. Co innego, kiedy to jest ich historia.

Gdybyśmy na przykład nakręcili film o jednym prezydencie, co to ze stażystką, przy pomocy cygara… To niegdyś był skandal. Dlaczego? Bo chłopina starał się, podnosił średnią (patrz – badania firmy Durex), ale potomstwa z tego być nie mogło.
Oni tam w Ameryce są zakręceni. Nie to, co my. Bo u nas najważniejsze są prawdziwe, narodowe symbole. Na przykład za komuny wartość filmu historycznego liczono ilością czołgów w kadrze. Teraz już nie, gdyż czołgów prawie nie mamy. To dlaczego, cholera, społeczeństwo liczyło na Oscara?

W tym całym zamieszaniu uwadze ogółu umknęło, że jednak go dostaliśmy. Tylko, że nie za państwowotwórcze dzieło, a kreskówkę. Tak to oczekiwania rozminęły się z wynikami.
Że niby teraz marudzę? A skądże. Czy ktoś z was pamięta, że przed ćwierć wiekiem też dostaliśmy Oscara? I też za kreskówkę? Oczywiście, nie pamiętacie, bo to była niesłuszna nagroda. Na filmie ktoś tańczył tango. Wstyd! Słuszna byłaby wtedy, gdyby przed kamerą powiewały sztandary, a nad nimi latały orły. No, przynajmniej pawie. To takie egzotyczne ptaszyska spacerujące po Łazienkach. Czy mają z nami coś wspólnego? A mają, mają. Bardzo dawno temu pewien facet napisał o ojczyźnie. – „Pawiem narodów byłaś i papugą”.

Może i była. Ale tego pawia to na świecie dalej nie doceniają i nie chcą dawać mu Oscarów.

A papugi to wy lubicie?

R. Jabłoński: Wielkie czystki po marcu 1968 roku

29 lutego 2008

rjablonski4.jpgWypadki marcowe i późniejsze antysemickie szaleństwo miały swą genezę w wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie. Otóż w czerwcu 1967 roku izraelskie wojska zmiotły arabskie armie, w większości uzbrojone przez Związek Radziecki. Polscy oficerowie analizowali te działania, a wielu z nich, pochodzenia żydowskiego, nie kryło satysfakcji.

Główny Zarząd Polityczy Wojska Polskiego postanowił wyczyścić szeregi armii. „Oficerów żydowskiego pochodzenia nie było wielu, przy 40-tysięcznym stanie kadry – 200, no może 250, jeśli troskliwie przestrzegać kryteriów norymberskich”– napisał w swych wspomnieniach generał Tadeusz Pióro.

Wykorzystano okazję i czystka dotknęła nie tylko osoby pochodzenia żydowskiego, ale i partjnych reformatorów. W krótkim czasie wyrzuconych zostało ponad 200 wyższych oficerów, w tym 14 generałów (niekoniecznie pochodzenia żydowskiego). Później pozbyto się jeszcze około 800, w tym wielu ożenionych z Żydówkami, co uznano wówczas za obciążający fakt. I tak zakończył się rok 1967.

Antysemickie nastroje pojawiły się też w cywilnych instytucjach państwa. Wielkie personalne zmiany zaszły m.in. w resorcie spraw zagranicznych. Z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyrzucono osiem tys. Żydów. W tym samym czasie do władzy zaczęła przeć grupa tak zwanych partyzantów. Byli to lewicowi kombatanci zgromadzeni wokół byłego leśnego dowódcy, a potem – ubeckiego generała Mieczysława Moczara.

Ci ludzie potrzebowali wolnych miejsc w urzędach państwowych, bo wciąż mieli ambicje polityczne, a niektórzy osiągali już emerytalny wiek. Więc czas pilił. W owym czasie Moczar był nie tylko ministrem spraw wewnętrznych, ale także prezesem zarządu organizacji kombatanckiej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Bezpośrednią przyczyną wydarzeń marcowych było zdjęcie z afisza Teatru Narodowego inscenizacji Mickiewiczowskich „Dziadów”. W wyniku późniejszych zamieszek rozwiązano dwa wydziały Uniwersytetu Warszawskiego – Filozofii i Pedagogiki, a także III rok Matematyki. W sumie zwolniono 1600 osób.

Wielu podpadniętych studentów natychmiast wcielono do wojska. Ile osób wróciło na uniwerek po ogłoszeniu ponownych przyjęć na wspomniane wydziały – nie wiadomo. Powodem jest niezgłoszenie się wielu studentów i pracowników, którzy zaczęli już wyjeżdżać z Polski.

Muzeum Uniwersytetu Warszawskiego ustaliło, iż sprawy 50 pracowników skierowano do komisji dyscyplinarnych, 74 nie przyjęto ponownie. A 104 osoby wyrzucono. Liczba osób pochodzenia żydowskiego, które opuściły kraj na zawsze, nie została nigdy precyzyjnie wyliczona.

Padają liczby od 10 do 20 tysięcy. Przeważnie mówi się o 15 tysiącach. Jednakże z różnych wyliczeń wynika, że od początku 1968 roku (pierwsze emigracje wojskowych) do końca 1969 roku wyjechało, głównie do Skandynawii, Stanów Zjednoczonych i Izraela prawie 12 tysięcy Żydów i ich nieżydowskich małżonków.
Ustalono, że kraj opuściło co najmniej 55 wyższych oficerów wojska oraz prawie 200 funkcjonariuszy resortu spraw wewnętrznych. Wyjechało też niemal 800 pracowników pionów politycznych partii (działały wtedy w Polsce trzy).
Z pionu rządowego – 10 byłych ministrów i wiceministrów. Z resortu spraw zagranicznych – 28 osób, w tym kilku dyplomatów. Media opuściło ponad 200 ludzi, w tym 15 redaktorów naczelnych oraz 60 osób z radia i telewizji. Świat filmu stracił 25 twórców, w tym paru znanych reżyserów (m.in. Aleksandra Forda – tego od „Krzyżaków”; 12 lat później, nie dając sobie rady z życiem poza Polską, popełnił samobójstwo). Wyjechało też 90 artystów i dziewięciu pisarzy.

Świat nauki z kolei stracił 25 profesorów, 30 docentów i ponad 200 innych pracowników wyższych uczelni. Emigrowało też niemal tysiąc studentów. Z Polski wyjechało również kilku profesorów, prawie 20 docentów oraz ponad 200 innych pracowników instytutów naukowych. Paradoksalnie, „wydarzenia marcowe 1968 roku – w armii nie miały konsekwencji tak rozległych, jak w środowisku cywilnym. Zabrakło Żydów”. To słowa wyrzuconego znacznie wcześniej generała Tadeusza Pióry.

Antysemicka nagonka była dość skuteczna. Wielu pozostałych w kraju Żydów, po przetrzymaniu trudnego okresu, nie przyznawało się już do swego pochodzenia; wielu zmieniło nazwiska, a inni miejsce zamieszkania. W 1975 roku, podczas zjazdu młodzieży akademickiej w Lublinie, szef Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edward Gierek powiedział, że Polska w 99 procentach jest narodowo jednolita.

R. Jabłoński: Precedensy już nastapiły. Teraz pokażę wam drogę!

23 lutego 2008

rjablonski3.jpgPonieważ wchodzę już w lata, postanowiłem pozostawić po sobie trwały ślad. Na przykład zmienić Europę. Przyznacie, że to dobry pomysł. Ludzie emigrują, osiedlają się w nowych miejscach, budują śmietniki; to dlaczego nie mieliby mieć swego państwa? Proponuję więc korekty na mapie.

W takim Londynie tłum Polaków siedzi na Ealingu i w South Kensington; i to nie od wczoraj. Prawo Angoli do tej ziemi wygasa, więc z części tego gigantycznego miasta może by tak wykroić coś dla nas? To dzisiaj modne. W moje ślady pójdą Turcy w Niemczech. Bo ich jest tam pełno, a już kiedyś próbowali osiedlić się pod Wiedniem.

Wtedy był on stolicą Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Z Rzymianami Niemcy nie mieli kłopotu, gdyż ich tam nie było. Za to mieszkało wielu Polaków. Mam w domu stronę z książki telefonicznej Berlina z lat 30. Połowę tej kartki zajmują – Jablonsky, jedni z von, inni bez. Skoro rodzina wtedy tam mieszkała… Na razie jednak zmilczę.

Mama przyszła na świat w Niżnym Nowogrodzie. Na wschód od Moskwy. Ale bez przesady. Polaków tam było mało, a i dziś niewiele. Więc nie ma komu żądać niepodległości. Za to mamy prawa do Tobago. Jakby ktoś nie wiedział – wyspa na Karaibach. Ciepło, miło i przytulnie. Za czasów szwedzkiego potopu była kolonią Kurlandii. A ta lennem rzeczypospolitej. Mamy więc prawo jak cholera.

Trzeba wysłać kilka wycieczek, osiedlić naszych bezrobotnych i zażądać uznania za niezależne państwo. Przed ostatnią wojną nie udało się nam skolonizować Madagaskaru, więc teraz takie Tobago z biało-czerwoną… Ideał.

Że niby coś mi się w głowie zepsuło? A skądże. Właśnie w Europie otwarto puszkę Pandory. Przez lata do jednego kraiku wpychali się emigranci z sąsiedniego. Lubili bzykać, a skoro na miejscu rodziły się dzieci, to mają teraz prawo do ziemi. Tak się przynajmniej komuś wydaje.

W tym momencie poczułem lód na plecach, bo za ścianą mojego mieszkania pojawił się właśnie mały Wietnamczyk. Wyobrażacie sobie, że oni mogli zażądać niepodległości Stadionu Dziesięciolecia? Ale uratowała nas piłka nożna. I nie zdołałano oderwać tej góry gruzów od macierzy.

Historia uczy, że dla chwilowego świętego spokoju popełniane są największe polityczne świństwa. Kto nie chadzał na wagary, wie, o czym mówię. A reszta niech zajrzy do internetu. Teraz też wielu marzy o Europie Świętego Spokoju. Marzą nie tylko lokalni politycy, ale i Amerykanie. Więc mam pomysł.

Skoro oni znoszą wszystkim wizy, tylko nie nam, powinniśmy znaleźć skuteczne rozwiązanie. Popatrzmy na Chicago; jest tam dzielnica zwana Jackowem. Rodacy nieznający angielskiego przyjeżdżają na całe dziesięciolecia, potem wracają do kraju i dalej nie potrafią po angielsku. Bo w Chicago mówi się po polsku. Niech ci z Waszyngtonu wyciągną odpowiednie wnioski.

Albo dla świętego spokoju zniosą te wizy, albo za sto lat Polacy postawią mi pomnik. Bo właśnie żądam – niepodległości dla Chicago! Niech żyje wolne Jackowo!

R. Jabłoński: Patriotyczna poprawność może zubożyć niejeden portfel

15 lutego 2008

rjablonski2.jpgCo łączy znaczek pocztowy z bananem? Nie wiecie? To ja wam powiem – na obu można się paskudnie poślizgnąć. I przy okazji zostać międzynarodowym pośmiewiskiem. Dziś będzie więc o braku szczęścia Polski do rzeczonej filatelistyki oraz mojego do interesów. Pod koniec jedno połączy się z drugim.

A więc – kupiliśmy za granicą zbiór znaczków oraz listów z Powstania Warszawskiego. Towarzyszył temu taki medialny szum, jakbyśmy to powstanie wygrali. Niestety, znów się nie udało.

Zdaniem niesłusznych patriotycznie ekspertów, podobne kolekcje znajdują się w prywatnych rękach na miejscu, czyli w Warszawie. Tylko trzeba ich poszukać. Ale – jak wiadomo – prawdziwych ekspertów nikt nie pyta, bo od wyrażania opinii są klakierzy. No i zapłaciliśmy sumę, za którą można nabyć 20 samochodów osobowych. Klakierzy są w orgazmie. Tymczasem złośliwi twierdzili, że rzecz została mocno przeszacowana, nawet jak na zachodnie realia. Bo warta była tylko siedem do dziesięciu aut. I to nie mercedesów, lecz małych volkswagenów.

Eksperci z kolei mówili, że to samo nabylibyśmy w Polsce za dwa, trzy samochody. Należało tylko zbadać rynek i dać ogłoszenia. Słowem – robić robotę, a nie tumult. Ale wtedy żadna telewizja nie pokazywałaby paru buziek.
Najfajniej wydawać cudze pieniądze. I to duże. Przy wydawaniu małych, nawet lokalna gazeta tym się nie zainteresuje. Nauczycie się tego na całe życie.

Tak więc, zdaniem prześmiewców, nie mamy szczęścia do filatelistyki. Zresztą przed laty w podobny sposób staliśmy się pośmiewiskiem Europy. Jeden facet przekazał wtedy Polsce kolekcję obrazów. Tym razem profesorowie byli w orgazmie. Tak go przeżywali, że nie zauważyli, iż za taką forsę, jaką wydał donator, można było kupić nie oryginały znanych mistrzów, a tylko repliki i to roboty ich uczniów. Ta mistyfikacja nie przeszkodziła wydaniu serii znaczków z podpisami, że to właśnie oryginały. Paru zachodnich ekspertów miało potem problemy gastryczne. Ze śmiechu.
Do filatelistyki nie mamy więc szczęścia. I lepiej, by urzędnicy się za nią nie zabierali, bo kiedy jej dotkną, to strach mówić. Zresztą chyba już więcej się nie zabiorą, gdyż zamiast nalepianych znaczków są teraz automaty do kasowania. A kolejnego powstania, dzięki Bogu, prędko nie będzie.

Tak na marginesie, cena walorów filatelistycznych spadła w ciągu ostatniego ćwierćwiecza 10 do 20 razy. I tu zrobiłem wspaniały interes, gdyż nie posiadałem znaczków. Więc nie miałem na czym stracić.
Niestety, przed laty poślizgnąłem się na dolarze oraz na funduszach inwestycyjnych. Jak na razie – leżę i boli mnie tyłek. Ale mam na oku świetny interes. Zamierzam znaleźć na jarmarku staroci hełm Małego Powstańca – tego, który jako pomnik stoi na Podwalu. Co z tego, że hełm świeżo malowany? Wystawię na aukcję, a ponieważ polskie muzealnictwo nie może istnieć bez tej narodowej pamiątki, to na pewno zostanie kupiony.

Podać wam numer konta?

Niech żyje Cesarz Franciszek Józef

8 lutego 2008

rjablonski1.jpgOd ponad 200 lat Polacy nie potrafią żyć bez obcych garnizonów. Jeden pan powiedział, że jeśli celnikom nie chce się pracować, to trzeba ściągnąć ich kolegów z Unii. Zaraz potem drugi pan stwierdził, że dobrze będzie, jak ściągniemy też zaprzyjaźnione wojska i damy im bazy. Dlaczego się denerwujecie? Przecież obce armie stały tu od zawsze.

W ciągu ostatnich dwóch stuleci nie oglądaliśmy ich tylko przez 35 lat. I to był błąd, który należy nadrobić. Polska nie może istnieć bez obcych garnizonów.

Cudze wojska są potrzebne. Drzewiej mieszkańcy słali petycje do cesarzy, by lokowano pułki w ich miastach. Bo sołdaty zostawiały cały żołd w sklepach oraz szynkach. Pomyślność społeczeństwa rosła. Niestety, spodziewana teraz radość nie nadejdzie i czeka nas rozczarowanie. Bo na przykład po Amerykanach nie można się spodziewać niczego dobrego. To banda bez tradycji, która pójdzie najwyżej do McDonalda. I kolejek pod sklepami nie będzie. Ale jedna na pewno zostanie. Ta pod ambasadą USA po wizy.

Skoro niektórzy nie chcą Amerykanów, to mamy jeszcze kilka innych możliwości. Możemy zaprosić tych ze Wschodu. Wszystko gotowe. Twierdze stoją jak dawniej, a na tyłach MSW w Warszawie jest dalej budynek cerkwi carskiego Keksholmskiego Pułku Gwardii. Jak raz.

Nie pasują wam Rosjanie, to może Prusacy? Twierdze też są, i to w lepszym stanie. A na Mazurach oraz Pomorzu napisy mamy już w dwóch językach. Na przykład – Zimmery do wynajęcia.

Nie lubicie Prusaków? To może popatrzymy w stronę Wiednia? Cała Galicja o tym marzy. Podobno w Krakowie mają zamelinowany transparent: Witamy Miłościwie nam Panującego Cesarza Franciszka… i tak dalej.
Ale ta sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Jako zwolennik spiskowej teorii dziejów, podejrzliwie przyglądam się polityce zagranicznej. W tym i dziwnym manewrom naszych prezydentów oraz premierów, którzy zawzięcie kumplują się z facetami z Czech, ze Słowacji, z Węgier oraz z Chorwacji. Przypomina wam to coś? Jakby dodać Austrię, to wypisz, wymaluj mamy… Co? Pierwszą wersję Unii Europejskiej, czyli monarchię austro-węgierską. Niech żyje Cesarz! Mój dziadek mawiał, że wtedy było najtańsze piwo. I komu to przeszkadzało?

A co nas, złaknionych obcych wojsk, czeka? Może jeszcze przyjść NATO, ale polityczni pesymiści wieszczą upadek tego sojuszu. Od kilku lat nie jest w stanie wygrać wojny w Afganistanie; czyżby
więc rzeczywiście chylił się ku upadkowi? Początkowo kpiłem z tego, ale skoro padł Związek Radziecki… Pewien guru stamtąd mawiał – niemożliwe jest możliwe.

Czyli na pewno ktoś tu przyjdzie, pozawraca nam głowę, potem wróci do domu, a my po raz kolejny zostaniemy z niesprzątniętymi śmietnikami.I tyle tego, gdyby nie przypomniało mi się na koniec, że niedaleko obecnej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów była cerkiew Litewskiego Pułku Gwardii. Nie zaszkodzi odbudować ją. Na wszelki wypadek.

R. Jabłoński: Różne sposoby naprawy naszej demokracji

1 lutego 2008

rjablonski.jpgOstatnie spory na linii jeden pałac – drugi pałac dowodzą, że polską demokrację czas uleczyć. No więc ja się zgłaszam.

Niedawno spadł samolot. Żaden powód do żartów. Ale to, co się potem stało, wprawiło wielu w szampański humor. Za darmo mieliśmy w telewizji wspaniałą komedię o tym, jak to urzędnicy nie potrafią posługiwać się telefonami. Albo – jak udają, że nie potrafią. Może więc w szkołach zacząć tego uczyć?
Wróćmy do uczenia demokracji. Idealiści, do których i ja się zaliczam, marzą o finezyjnych dysputach bez wrzasków. No, gdyby to nasi politycy potrafili lać się tak, jak ich koreańscy czy tajwańscy koledzy, to byłoby ciekawie. Ale nie potrafią. Za to chmara wybrańców narodu wykorzysta każdą okazję, nawet upadły samolot, by dostać się na pierwsze strony gazet. A ja, człek naiwny, wolałbym oglądać tam piękne kobiety i czytać o gościach, którzy wygrali milion w totka. Bo może i mnie coś z tego skapnie.
Niestety, teraz kapie na linii: premier – prezydent. Jeden z Platformy, drugi z PiS-u. Za kilka lat wybory i możemy mieć prezydenta z Platformy. Ale jak znam życie, to wtedy premier pojawi się z PiS-u, bo los wciąż nam płata figle. I spokoju nijak nie będzie. Nawet kiedy faceci byli z tej samej firmy, to wszystko się rozpadło. Raz przez lwa, co go czasami piszą przez duże „L”, a drugi raz, to nie bardzo wiadomo przez co.
Tak prawdę mówiąc, to w Polsce nigdy nie było spokoju i kłótnie stały się klasycznym sposobem uprawiania polityki. Na przykład za króla Stasia działał Sejm Czteroletni. Niektórzy twierdzą, że dlatego czteroletni, że przez cztery lata kłócono się o kształt siodeł dla kawalerii narodowej. Państwo upadło, a siodeł dalej nie było. Pysznie.
Po stu latach ćwiczyliśmy demokrację, ale nie dała się wyćwiczyć. I pewien marszałek próbował ją reperować, wysyłając do parlamentu oficerów. Podobno brzęczeli szablami, lecz posłowie nie słyszeli tego. Tak się kłócili. Więc marszałek powiedział, że – cała praca w Sejmie śmierdzi i zaraża powietrze wszędzie. Jak Boga kocham, tak powiedział.
Wcześniej zdenerwował się, zrobił zamach stanu, co pomogło, ale na krótko. W tym miejscu doznałem iluminacji. To może znów odwiedzić parlament i uleczyć demokrację? Niestety, oczyma wyobraźni ujrzałem rozradowane twarze facetów z agencji podsłuchu wewnętrznego, którzy to znów będą mieli powód do wydawania forsy na inwigilację. By ustalić, gdzie schowałem szablę. Więc wycofuję się z tego pomysłu.
Demokracja to najgorszy system, co potwierdził niejaki Churchill. I dodał, że nic lepszego jednak nie wymyślono. Ale ja się z nim nie zgadzam. Nasze życie polityczne uleczy monarchia! Blond dziennikarka przeprowadzając telewizyjny wywiad, zamiast bąkać pod nosem – panie prezydencie, pytałaby z werwą – Wasza Królewska Mość? Prawda, że to wzniosłe? Niestety, taki ustrój ćwiczyliśmy przez kilkaset lat i o wspaniałym finale uczą w szkołach.
To może więc anarchosyndykalizm? Państwo bez przymusu. Ale jakoś nikt go nie spraktykował.
I wtedy przypomniało mi się, że był już ustrój, w którym nigdy się nie kłócono. Ktoś ma ochotę na dyktaturę proletariatu?