Archiwum na styczeń 2008

M. Białek: Nie wydawać tych pieniędzy na sędziów

31 stycznia 2008

mbialek.jpgPamiętam, jak kilka lat temu działacz jednej z polskich drużyn ekstraklasy patrzył błagalnym wzrokiem na kalendarz. Do przelania na konto owego klubu kolejnej transzy z Canal Plus pozostawał jeszcze tydzień. Dla niego ten czas był całą wiecznością, zwłaszcza że w tle słyszał pukanie piłkarzy do drzwi. Czekali na wypłatę zaległych wynagrodzeń.

Teraz Canal Plus będzie jeszcze hojniejszy. Z szacunkowych obliczeń wychodzi nam 12 mln zł rocznie dla najlepszej drużyny, a sześć mln zł dla najsłabszej. Niemało. Te sześć milionów to więcej niż całoroczny budżet Polonii Bytom.
Za taką kasę można utrzymać kilka drużyn juniorów, wyposażyć klub w podgrzewaną murawę, zafundować sobie sztuczną nawierzchnię na bocznym boisku i poprawić kwestie bezpieczeństwa na stadionie (kibole często niszczą ogrodzenie i bramy wejściowe). Pomysłów może być mnóstwo, jeden lepszy od drugiego.
No dobrze, koniec bujania w obłokach. W ostatnich latach polskie kluby też nie mogły narzekać na brak funduszy z Canal Plus (przynajmniej po dwa mln zł rocznie), ale jakoś nie przypominam sobie, żeby rzuciły się do wydawania tych pieniędzy na zbożne cele. O ile pobieranie z miejskich kas środków na sfinansowanie podgrzewanej murawy jeszcze rozumiem (ligowe obiekty w większości są miejskie), o tyle nie mieści mi się w głowie zatrudnianie po trzydziestu kiepskiej jakości piłkarzy i płacenie im niemoralnie wysokich pensji.
Cztery lata temu ówczesny prezes Zagłębia Lubin Jacek Kardela mówił na łamach „Rzeczpospolitej”, że logika ekonomiczna nakazuje przeznaczyć na płace 30 proc. rocznego budżetu, ale nie jest w stanie podać daty, kiedy logika przybędzie do klubu.
Gorzej, że do wielu klubów nie zawitała również uczciwość. Sędziowie oszuści zacierali ręce na słuch o pieniądzach płaconych drużynom przez Canal Plus. Rozpasali się aż miło. Czy ich następcy, słysząc o nowej umowie, też zacierają ręce?

Rocznica Marca’68: Polacy nie chcą mieszkać z Żydami

31 stycznia 2008

Warszawa obchodzi rocznicę wydarzeń z Marca 1968 roku. Tymczasem uprzedzenia wobec Żydów są ciągle żywe. TNS OBOP przeprowadził sondaż na zlecenie Międzykulturowego Centrum Adaptacji Zawodowej. Badał, jaki mamy stosunek do emigrantów.

Fragment tego opracowania znalazł się w zaproszeniu na konferencję prasową, które MCAZ przysłał do redakcji ŻW. Wynika z niego, że tylko 27 procent Polaków chciałoby mieć sąsiada Żyda. Więcej osób woli mieszkać przez ścianę z emigrantami z Afryki (31 proc).

Zapytaliśmy warszawiaków, czy chcieliby mieć sąsiadów z Izraela. Najczęściej odpowiadali: – Nie mam żadnych uprzedzeń, ale koło Żyda nie chciałbym mieszkać.

Dlaczego? Odpowiedzi padały różne. Na przykład takie:– Bo to taka tradycja – wyjaśniła Barbara Mazur z Woli.– Bo nigdy nie wiadomo, czego się po nich spodziewać – powiedział Jan Kasprzak, ekonomista z Wilanowa.

P. Dziubłowski: Wyczesane z głowy

31 stycznia 2008

pdziublowski1.jpgW niedzielę miałem wątpliwą przyjemność wracać z Zakopanego wraz z fanami Adama Małysza. Biało-czerwone kapelusze poprzekręcane na zbolałych głowach, niechlujnie dyndające szaliki z orłem w koronie, czerwień igrająca z bielą w spojrzeniach – oto wierny kibic narciarskich skoczków. Po zawodach.

Repertuar muzyczny – bo bez ścieżki dźwiękowej ani rusz – niczym zacinająca się płyta: „Polska, biało czerwoni” przeplatane „Deszczami niespokojnymi” i – by nie było żadnych wątpliwości co do tego, kto i co – przyśpiewką „tak się bawi stolica”. Wykonanie to kolejny dowód na niedoskonałość edukacji muzycznej w Polsce, przekładający się bezpośrednio na niski poziom muzykalności naszego społeczeństwa. Dzień wcześniej przekonał się o tym najsłynniejszy polski Holender – Leo Beenhaker – któremu zachciało się spojrzeć na panoramę Tatr. Na Kasprowym Wierchu szybko został otoczony przez grupkę fan(atyk)ów, przekrzykujących się „eo, Leo, biało-czerwoni”. Niewiele brakowało, a stałby się Latającym Holendrem, bo ludzi sukcesu rodacy potrafią wynieść pod niebo zawsze i wszędzie. W pociągu byli i pasażerowie z łagodniejszym usposobieniem, także powracający z zawodów Pucharu Świata. Elita. Kibice intelektualiści. – Nie jestem taką fanką Małysza, żeby wszędzie za nim chodzić – przyznała pani w szarym płaszczu. – Bo Małysz się skończył – wymamrotał stojący obok pan, którego wąs ociekał pianką z nielegalnie handlowanego w Warsie piwa. Cóż, niektóre z zakazów rzeczywiście są po to, by je łamać, tak jak łamie się wiara w tych, którzy – urodzeni, by wygrywać – przestają odnosić sukcesy. Śpiewał niegdyś o tym Paweł Kukiz: „Przez trzy sezony nas oszukiwał/Tylko udawał, że umie skakać/Tylko udawał, że wygrywa/Kłamał, że można daleko latać (…) Małysz to zdrajca! Małysz to oszust! Nie umiał skakać od początku! On nas okłamał! On nas oszukał! W orła rozpaczy biało-czerwona!”. Tekst piosenki „Pieśń o Małyszu, czyli frustracje sprawozdawcy sportowego” niektórzy odebrali z nienależytą powagą, wytykając liderowi Piersi co najmniej nietakt. Jak widać, słychać i czuć, frustracja to nasza cecha narodowa.

M. Hadaj: Wreszcie! Koniec z różową tandetą

30 stycznia 2008

mhadaj.jpgTrzeba było czekać 15 lat. Tyle czasu zajęło warszawskim urzędnikom podjęcie decyzji o likwidacji upiornych bud stojących wzdłuż ulicy Marszałkowskiej. Na dyskusjach, debatach i konferencjach w tej sprawie spędzono wiele lat. Aż tu nagle zaczęły się działania.

To, co było niemożliwe od dawna, okazało się wykonalne dla władz Śródmieścia. Najpierw urzędnikom kierującym centralną częścią stolicy udało się wyrzucić ze Starówki restauratorów grających na nosie wszystkim dotychczasowym władzom Warszawy i niepłacących czynszu. Teraz jest szansa na pójście za ciosem. I zadanie kolejnego uderzenia – tym razem w szpetne „różowe” przybytki. Bo przecież nikogo nie trzeba przekonywać, że sex-shopy z gumowymi lalkami i pluszowymi kajdankami pasują raczej do faweli w prowincjonalnym mieście Ameryki Południowej albo dzielnicy czerwonych latarni w Paryżu niż do warszawskiego city. Śródmiejscy samorządowcy podjęli odważną decyzję i wypowiedzieli umowy najemcom pawilonów wzdłuż Marszałkowskiej. Nie tylko dlatego, że niektórzy warszawiacy będą musieli znaleźć sobie nowe sklepy z erotycznymi gadżetami. Także dlatego, że za tandetnymi różowymi firankami pracują ludzie mający na utrzymaniu rodziny. To jedyny problem. Ale gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

P. Szeleszczuk: Droższa piłka? Tylko pozornie

30 stycznia 2008

pszeleszczuk.jpgNajgłośniejszy przetarg na prawa telewizyjne w polskim sporcie mamy za sobą. Co roku do ligowej kasy będzie wpadać ponad 130 milionów złotych. To ponad dwa razy więcej niż do tej pory. Kto na tej transakcji zyskał najwięcej? Zadowoleni są wszyscy. Canal Plus nie wypadł z rynku. Wracająca po latach do ligowej piłki TVP okazyjnie kupiła kilka łakomych kąsków.

Ligowi prezesi zacierają ręce, bo jak manna z nieba spłynie im do kas w najbliższych latach prawdziwy deszcz pieniędzy. Przeciętny zespół może liczyć na co najmniej 7,5 miliona złotych rocznie! Nawet dla Wisły czy Legii są to znaczące kwoty. A co dopiero dla najbiedniejszych… Za telewizyjne pieniądze będą mogli przeżyć sezon.
Teoretycznie te gigantyczne sumy powinny podnieść poziom ligi. W praktyce może wyglądać to zupełnie inaczej. Gdy osiem lat temu kluby podpisywały z Canal Plus rekordową umowę na 100 milionów dolarów, marzyliśmy o nowych stadionach, na których tłumy kibiców będą oglądać gwiazdy. A co dostaliśmy? Podgrzewane murawy i kilka absolutnie niezbędnych remontów, które uratowały umierające obiekty przed zawaleniem. Nic dziwnego, że wyróżniający się piłkarze uciekają za granicę od razu, gdy tylko pojawi się jakakolwiek oferta. Zamiast wykonać gigantyczny skok, zrobiliśmy jedynie mały krok do przodu. Nie ma powodów, by sądzić, że tym razem będzie inaczej.
Czym to grozi? Taki marsz w ślimaczym tempie na tle Europy jest niczym innym jak… krokiem w tył. Nasz wątpliwy progres najlepiej obrazuje cena za prawa do ekstraklasy, która w ciągu ośmiu lat wzrosła o jakieś 30 procent. Tymczasem, by pokazać ligę angielską czy niemiecką, trzeba wydać kilka razy więcej niż kilka lat temu. Przy 500 milionach euro, które kosztuje Bundesliga, pieniądze, jakie płaci Canal Plus, są śmieszne. Ale pokazują, jak wielka przepaść dzieli nas od najlepszych.

Nowe szaty ŻW Online

30 stycznia 2008

blogg.jpg

Życie Warszawy Online ma nową szatę graficzną. Przy tej okazji zapraszamy do obejrzenia starszych wersji naszej strony, od 1997 roku do tej, która znajdowała się pod adresem www.zw.com.pl jeszcze wczoraj.

Co sądzisz o naszej nowej stronie? Zapraszamy do komentowania.

P. Dziubłowski: Wyczesane z głowy

30 stycznia 2008

pdziublowski1.jpg
Nietrudno pojąć, dlaczego ponad sześć milionów rodaków zarejestrowało się na Naszej-klasie. Trudniej zrozumieć, dlaczego ich sentymentalizm i zwykła ciekawość sprawiły, że poszukując znajomych sprzed lat, piszą o sobie z tak rozbrajającą szczerością i publikują dane prosto z CV.

A nawet bardziej śmiałe, bo jak tu nie pochwalić się zdjęciami z rodzinnego wypadu do Egiptu czy na Majorkę. Sukces Naszej-klasy przeszedł najśmielsze oczekiwania. Kiedy portal raczkował, inne media zachwycały się nim, był fenomenem. Teraz, kiedy wyrósł na potężnego gracza – stał się niebezpieczną bazą danych osobowych o Polakach, drugą co do wielkości po zbiorach tak kochanej przez nas TP SA. Pożywką dla wszelakiej maści wirtualnych domokrążców, windykatorów, ubezpieczycieli i im podobnych. Ale i przestrzenią, w której mogą wykazać się stróże prawa (na początku roku dzięki informacjom z portalu zatrzymano szaleńca bombiarza). Na niebezpieczeństwa czyhające na z pozoru szarych użytkowników Naszej-klasy uwagę zwróciła „Gazeta Wyborcza”. Tekst, poza Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych, który obiecał zadbać o bezpieczeństwo uczniów z Naszej-Klasy, przeczytał także blogger Marcin Jagodziński. Określił go klasycznym przykładem czarnego PR typu FUD. Znaczy Fear, Uncertainty and Doubt – Strach. Niepewność, Wątpliwość, które wydawca gazety, właściciel konkurencyjnych portali społecznościowych, ma siać wśród internautów. Tekst z blogu Jagodzińskiego odtworzył „Dziennik”, co autor uznał za naruszenie praw autorskich. Jak się okazuje – ściąganie to nie tylko domena uczniów i internautów.
Nasza-klasa jest interesująca zarówno z punktu widzenia medialnego, jak i socjologicznego. Można przypuszczać, że gdy emocje już opadną, ciekawość zostanie zaspokojona, odbędą się klasowe spotkania i wszyscy dowiedzą się, „do czego w życiu doszli”, Nasza-klasa pozostanie wygasłym wulkanem.
Ja na tym portalu nie zalogowałem się i nie zamierzam. Wystarczą mi dwa wersy piosenki Jacka Kaczmarskiego: „Odnalazłem całą klasę wyrośniętą i dojrzałą. Rozdrapałem młodość naszą, lecz za bardzo nie bolało”. I przyjaciele sprzed lat, których numery telefonów mam w komórce.

A. Wittenberg: Jestem tolerancyjna, ale…

30 stycznia 2008

aniawittenberg.jpg
Jak każdy Polak i każda Polka jestem tolerancyjna. Nie mam nic przeciwko Afroamerykanom . Nie boję się zalewu Wietnamczyków i Koreańczyków, zajmowania naszych miejsc pracy przez Białorusinów i Ukraińców.

Nie boję się, że Niemcy wykupią ziemie zachodnie i nie mam już pretensji o II wojnę. Nie mam nic przeciwko temu, żeby kobiety szły do pracy, dzieci do żłobków, a potem do koedukacyjnych szkół. Nie patrzę dziwnie, kiedy widzę mężczyznę zatrudnionego w przedszkolu. Nie wzywam policji dlatego, że wiem, że mój sąsiad jest gejem. Nie mam nic przeciwko temu, że Maciek z „Klanu” ma zespół Downa (prawdę mówiąc nawet go trochę podziwiam, że występuje publicznie). Nie robią na mnie wrażenia pracujące w mojej firmie panie po pięćdziesiątce. I w ogóle nic mnie to wszystko nie obchodzi.

Ale kiedy włączam wiadomości, denerwuje mnie, kiedy widzę, że bambus zaraził 20 dziewczyn HIV. Wkurza mnie Wietnamiec, który protestuje przeciw budowie naszego nowego stadionu. A Ukrainiec, który coś tam krzyczy przy granicy, pewnie przemyca coś na pace TIR-a, dlatego tak mu się spieszy. Bezczelne szwaby znowu procesują się o dom na Śląsku. Zastanawiam się, po co gejom parada. Niech się nie pokazują z tymi swoimi zboczeniami. Z reportażu o dziecięcym psychologu wnoszę, że pewnie pedofil. Śmieję się z przeróbki sceny z „Klanu” na teledysk techno. A ta wredna starucha, która siedzi w moim banku, to jakby z PRL jeszcze – tylko wypłatę pobrać. Jak każdy Polak i każda Polka jestem tolerancyjna.

B. Kwiatek: Wszystko dla naszego bezpieczeństwa?

29 stycznia 2008

bartekkwiatek.jpg Jesteśmy podsłuchiwani. Pracodawcy (ostatnio deklaruje to nawet rzecznik praw obywatelskich) czytają naszą pocztę elektroniczną. W biurowcach identyfikują nas karty chipowe i magnetyczne. Każdą przerwę na „dymka” przed budynkiem firmy rejestrują kamery. Nie opuszczają nas nawet po wyjściu w pracy. Poruszając się po mieście, też jesteśmy obserwowani. Na ulicy, w banku, w restauracji, a nawet w hotelu. Na wakacjach – w kraju i za granicą. Jesteśmy śledzeni.

Czasami czuję się jak bohater reality show. Czasami, bo nie chcę myśleć o tym, kto i w jakim celu mnie inwigiluje. Chociaż cel wydaje się być jasny – to wszystko dla bezpieczeństwa i to nie tylko mojego. Wszystkich? A może tylko tych, którzy mają w tym jakiś interes? I kim są Ci, którzy nas kontrolują? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, chyba nawet nie chcę. Nie chcę też wiedzieć, kiedy i gdzie pozornie jestem sam. Sądzę, że taka wiedza jest niepotrzebna i może tylko zaszkodzić.
Niedawno spotkałem się z człowiekiem, który przed rozpoczęciem rozmowy poprosił mnie o wyłączenie telefonu komórkowego i umieszczenie go w lodówce. Tak samo postąpił ze swoim. Byłem zdumiony. – To dla naszego bezpieczeństwa – wyjaśnił. – W tej sytuacji wolę czuć się niebezpiecznie – odparłem.

K. Woźniak: Kwestia smaku w dniach żałoby narodowej

28 stycznia 2008

kwozniak.jpgŻałoba narodowa to – jak czytamy w encyklopedii – rodzaj hołdu złożonego wybitnej osobie lub ofiarom tragedii. Ogłaszają ją władze państwowe i w tym czasie zaleca się nie tylko wstrzymanie od zabawy, ale i zmianę treści programów telewizyjnych.

Po środowym wypadku samolotu wojskowego, w którym zginęło 20 osób, pozornie wszystko odbywa się zgodnie z tą definicją. Portale są w barwach czarno-białych, loga telewizyjne w czerni, prezenterzy w ciemnych strojach. Wydaje się jednak, że to wszystko pozory.

TVP puszcza w czasie żałoby reklamę nawiązującą do katastrofy samolotowej, prowadzący „Dzień dobry TVN” wesoło rozprawiają o przyziemnych sprawach, a popularne portale analizują stroje Aleksandry Kwaśniewskiej i Katarzyny Cichopek oraz reklamują sekcję „erotyka”. I o ile telewizja i media komercyjne rządzą się własnymi prawami, o tyle telewizja publiczna winna wypełniać misję społeczną. A to oznacza, że ktoś powinien choć przez chwilę się zastanowić nad tym, co leci w telewizji. Nie tylko, jakie to są programy, ale i jakie reklamy im towarzyszą. Z szacunku dla ofiar. By dać dobry przykład. I nie czekać, aż zaczną dzwonić do niej widzowie czy zaniepokojeni dziennikarze, by zdjąć kontrowersyjną reklamę.

P. Szymaniak: Protest w proteście przeciw protestowi

28 stycznia 2008

pszymaniak.jpg Wszystko wskazuje na to, że dziś czekać nas będzie komunikacyjna hekatomba. Kierowcy ciężarówek w proteście przeciwko protestowi celników będą blokować stolicę. W wolnym kraju każdy ma prawo, by wyrażać swój sprzeciw.

Dotyczy to tak celników, jak i kierowców. Ale są pewne granice – dobrego smaku, odpowiedzialności i przyzwoitości. Te, w odróżnieniu od szlabanów na przejściach, chyba zostały już przekroczone. W kolejkach zmarło dwóch kierowców. Ci, rozwścieczeni faktem, że stali się zakładnikami celników walczących o swoje uposażenia, postanowili sami wziąć kolejnych.
Kogo? Tradycyjnie już padło na warszawiaków. Pozostaje jednak trudne pytanie – do kogo mieć pretensje? A może zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią, też zacząć brać w jasyr? Wyobraźmy sobie taką sytuację. Piekarze, którzy przez blokadę nie dojadą do pracy na czas, buntują się i na złość kierowcom przestają piec chleb. Wtedy głodni pracownicy elektrowni też pokażą swoją siłę i odłączą prąd. – Ale jak wy nam prąd, to my wam wodę– powiedzą pracownicy wodąciągów i zakręcą kurek. Po pracy w ciepłowni już się nie da umyć, więc wkurzeni palacze przestaną grzać. Doprowadzeni do rozpaczy głodni i zmarznięci lekarze, również zastrajkują, bo przy świeczkach operować nie będą. Bo co to za różnica, kiedy protestuje się w geście solidarności czy w proteście przeciwko innemu protestowi. Efekt zawsze jest ten sam. Stracimy my wszyscy – jak zwykle.

EKO-torby: stylowo

25 stycznia 2008

Kolejne sklepy przyłączają się do akcji ŻW „To naturalne – kupuję bez plastiku”. Pokazujemy kilka ciekawych pomysłów na modną eko- torbę. Zwykła płócienna torba może być naprawdę stylowa.

halko

P. Dziubłowski: Wyczesane z głowy

21 stycznia 2008

pdziublowski.jpg W Hollywood od jedenastu tygodni strajkują scenarzyści. Solidarność z nimi wyrazili aktorzy i reżyserzy, bojkotując ceremonię przyznania Złotych Globów. Zamiast tysięcy błysków fleszy, czerwonego dywanu i kreacji od wziętych projektantów, była tylko półgodzinna konferencja prasowa, podczas której bez zbędnej dramaturgii przeczytano nazwiska laureatów. Jeszcze kilka odwołanych gal i strajkować zaczną fotoreporterzy i kreatorzy mody…

Uroczystość wręczenia Oscarów ma się odbyć już bez zakłóceń, choć nie wierzę, że przygotowujący ją scenarzyści nie zechcą – o ile nie dojdzie wcześniej do porozumienia – wykorzystać jej dla swoich potrzeb. Trudno o bardziej widowiskowe pole bitwy, zwłaszcza gdy autorzy walczący z wielkimi studiami o swoje racje (mające wymierną wartość w spadającej wartości dolara), decydują, jak i gdzie ustawić armaty oraz w którym momencie z nich wystrzelić.

My możemy tylko trzymać kciuki, by strajk amerykańskich scenarzystów trwał jak najdłużej. Dzieła sztuki na tym nie ucierpią, co najwyżej twory rzemieślnicze. Nie będę płakał, że kontynuacje „Harry’ego Pottera”, „Supermana” czy „Kodu Leonarda da Vinci” stoją pod znakiem zapytania.

Zresztą kino nie traci tyle na strajku, co telewizja. Niestety, tylko amerykańska. Widzowie zza Oceanu narzekają, że powtórka goni powtórkę i coraz częściej wyłączają telewizor. Do strajku mogliby przyłączyć się więc i pracownicy stacji tv, którzy tracą strajkujących widzów. Ci szukają rozrywki gdzie indziej. W ostatnich dwóch miesiącach o jedną piątą wzrosła liczba odbiorców YouTube.com. Rośnie znaczenie serwisów oferujących filmy, seriale, rozwija się rynek gier. Paradoksalnie scenarzyści żądający m.in. większego udziału w zyskach z publikacji filmów w internecie, powodują wzrost zainteresowania i wpływów tego medium.

Gdyby nasi twórcy zrobili w ubiegłym roku film o Sierpniu’80, mieliby duże szanse w Hollywood. Etos Solidarności podbudowałby amerykańskich scenarzystów, a my przypomnielibyśmy światu, kto zmienił oblicze Europy. Taki film jednak nie powstał. Najwyraźniej w Polsce mamy permanentny strajk scenarzystów.

M. Tomasik: Pornografia z Gombrowiczem w tle

21 stycznia 2008

mtomasik.jpg„Jakaż jest różnica pomiędzy sławą, za którą się płaci, a sławą, na której się zarabia!” – pisał Gombrowicz w „Dziennikach”. Po upływie przeszło pół wieku, patrząc na to twierdzenie z perspektywy polskiego kibica, można – ze zrozumiałą nieśmiałością – podjąć próbę jego rozwinięcia.

Różnica między sławą kupowaną a tą, którą można sprzedawać, jest taka, jak między transferami z udziałem polskich piłkarzy, które stają się dzięki polskim gazetom faktem medialnym, a tymi, do których dochodzi w rzeczywistości. To różnica fundamentalna.

Doniesienia o sensacyjnym transferze Olisadebe, Szymkowiaka, Dudka, Żurawskiego, Krzynówka, Kosowskiego, Jopa, Matusiaka, Kuszczaka czy Golańskiego, którymi polscy kibice po doniesieniach prasowych żyli/żyją/żyć będą, można łatwo wytłumaczyć. To nic innego, jak próba kupowania sławy, a co za tym idzie, podwyższania lub – w najgorszym wypadku – zachowania wysokości swojej pensji. Kolegom po fachu – którzy, chcąc nie chcąc – to opisują, szczerze współczuję. To czasami przypomina dziennikarską pornografię. Gombrowicz by się uśmiał.

M. Białek: PZPN potrafi wzruszyć

21 stycznia 2008

mbialek.jpg Jest nam bardzo smutno. Degradujemy ikonę polskiego futbolu, ale musimy pokazać, że korupcję trzeba wyplenić za wszelką cenę – przekonywał wczoraj dziennikarzy szef WD PZPN Michał Tomczak.Może kogoś przekonał. Mnie nie. Nie chodzi o surową karę dla Widzewa (taką samą w pierwszej instancji nałożono na Arkę, której prokuratura zarzuca ustawienie 41 meczów), ale o Zagłębie Lubin. Co oznacza, że PZPN „widzi możliwość porozumienia się z tym klubem”?! Jeżeli zdegradowano Widzew, identycznie trzeba postąpić z Zagłębiem. Lubinianie nie zamierzają proponować takiej kary, więc na co czeka PZPN? Zadałem wczoraj kilka pytań w sprawie lubinian. Usłyszałem, że trzeba poczekać.

WD PZPN od dawna podkreśla, że nie chce krzywdzić klubów. Chciałbym za tydzień zobaczyć, że to prawda. Na razie niewiele widzę, bo – jak mówił Bogusław Linda – łzy wzruszenia (tekstem mecenasa Tomczaka o Widzewie) zalały mi oczy.