Archiwum na luty 2008

B. Kwiatek: Prosta droga do następnej tragedii

29 lutego 2008

bartekkwiatek.jpgTelewizja TVN pokazuje redakcyjny samochód, który jedzie trasą przy wiadukcie na ul. Puławskiej. Kamera się trzęsie, obraz robi się niewyraźny, bo przed wiaduktem droga przypomina tarkę. Wszyscy o tym wiedzą.

Po wypadku, który miał nasz redakcyjny kolega w innym miejscu Warszawy, na ulicy Pułkowej, policjantka na komendzie mówiła: – Jak ja kocham tę Pułkową… Co chwila tam jakiś wypadek. Wszyscy o tym wiedzą. Gdy zapytać warszawskiego kierowcę, czarnych punktów w stolicy każdy z nich jest w stanie wymienić kilkanaście. Wszyscy o nich wiedzą. Przyzwyczailiśmy się do nich, przejeżdżamy obok wraków, coraz rzadziej zdejmując nogę z gazu. Można zastanawiać się, dlaczego tak się dzieje, mówić o potrzebie rozsądku, o tym, że wreszcie czas na remonty nawierzchni… Argumenty, które wszyscy znają, i problemy, o których wszyscy wiedzą. Anna Wittenberg w czwartkowym komentarzu w ŻW napisała, że nawet najprostsza droga nie zastąpi myślenia. Ale dziś, kiedy ranny w środowym wypadku Maciej Zientarski przechodził trzecią operację, prośbę o myślenie skierowałbym nie tylko pod adresem kierowców, ale i zarządców dróg oraz policji. Bo na Puławskiej od środy nie zmieniło się nic. Nie pojawił się żaden znak, żadna ekipa remontowa, kompletnie nic. Wszyscy to widzą.

Nasze dzieci chorują na płuca i oskrzela

29 lutego 2008

Aż 66 proc. polskich dzieci zapada na choroby układu oddechowego – wynika z najnowszych badań programu „Barometr Odporności Dzieci”. Najczęściej chorują najmłodsi w wieku od trzech do 12 lat.

Przeczytaj cały tekst

R. Jabłoński: Klęski w łóżku i w kulturze

29 lutego 2008

rjablonski5.jpgI znowu przeżywamy pasmo narodowych klęsk. Otóż w kategorii europejskiego bzykania Polacy są na ostatnim miejscu. Właśnie media doniosły, że firma Durex, ta od kondomów, zleciła przeprowadzenie specjalistycznych badań. Kto z kim i ile razy. Wynik powalił mnie na ziemię.

Całe życie się starałem, zapoznawałem kolejne narzeczone, dzielnie znosiłem ich bóle głowy oraz neurastenię. I nic to nie dało. Znów jesteśmy w ogonie Europy.

Otóż – faceci mają u nas średnio po 12 partnerek. Nie na tydzień, nie na miesiąc, nawet nie w roku. Przez całe życie! Przejęty zgrozą, nie skomentuję tego. Baby zaś mają tylko po pięciu gachów. A potem
partie narodowo-katolickie dziwią się, że przyrost naturalny u nas mikry. Było po co walczyć z pornografią i agencjami towarzyskimi? Jak nie ma bzykania, to nawet becikowe nie pomoże. Obawiam się, że skarleliśmy.

Klęski ponosimy nie tylko w kraju. Właśnie za Atlantykiem uwalono pewien słuszny narodowo film. I nie mamy Oscara. Wstrząs w społeczeństwie był tak wielki, że na łamach jednego z portali co światlejsi młodzi internauci domagali się ogłoszenia żałoby narodowej. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jej nie ogłoszono.
A więc, żegnajcie orły, sztandary. Nic nam już nie zostało poza satysfakcją, że nikt nas nie rozumie. Jesteśmy honorkami. Niestety, pod tym pojęciem kryją się osoby zakompleksione i nieobyte. Coś jest na rzeczy. Bo gdybyśmy byli obyci, to wiedzielibyśmy, iż amerykańscy jurorzy nie przepadają za odrabianiem narodowej historii na ekranie. Co innego, kiedy to jest ich historia.

Gdybyśmy na przykład nakręcili film o jednym prezydencie, co to ze stażystką, przy pomocy cygara… To niegdyś był skandal. Dlaczego? Bo chłopina starał się, podnosił średnią (patrz – badania firmy Durex), ale potomstwa z tego być nie mogło.
Oni tam w Ameryce są zakręceni. Nie to, co my. Bo u nas najważniejsze są prawdziwe, narodowe symbole. Na przykład za komuny wartość filmu historycznego liczono ilością czołgów w kadrze. Teraz już nie, gdyż czołgów prawie nie mamy. To dlaczego, cholera, społeczeństwo liczyło na Oscara?

W tym całym zamieszaniu uwadze ogółu umknęło, że jednak go dostaliśmy. Tylko, że nie za państwowotwórcze dzieło, a kreskówkę. Tak to oczekiwania rozminęły się z wynikami.
Że niby teraz marudzę? A skądże. Czy ktoś z was pamięta, że przed ćwierć wiekiem też dostaliśmy Oscara? I też za kreskówkę? Oczywiście, nie pamiętacie, bo to była niesłuszna nagroda. Na filmie ktoś tańczył tango. Wstyd! Słuszna byłaby wtedy, gdyby przed kamerą powiewały sztandary, a nad nimi latały orły. No, przynajmniej pawie. To takie egzotyczne ptaszyska spacerujące po Łazienkach. Czy mają z nami coś wspólnego? A mają, mają. Bardzo dawno temu pewien facet napisał o ojczyźnie. – „Pawiem narodów byłaś i papugą”.

Może i była. Ale tego pawia to na świecie dalej nie doceniają i nie chcą dawać mu Oscarów.

A papugi to wy lubicie?

J. Lipszyc: Skończymy z prawem czerwonej flagi

29 lutego 2008

jlipszyc4.jpgNie można opisywać zjawisk w sieci przepisami, które są stosowane tylko do tradycyjnych, dużych nadawców. Zabawnie jest, gdy przestarzałe przepisy ciągle obowiązują. Myślę na przykład o uchylonym dopiero w 1896 roku prawie, w myśl którego przed samochodem powinien iść człowiek wyposażony w czerwoną chorągiew.

Jego uchylenie uroczyście świętowano jeszcze w latach 30., bo było drastycznym przykładem regulacji, która – ignorując postęp technologiczny – skutecznie powstrzymywała zmiany korzystne dla społeczeństwa. Jednak jeszcze zabawniej jest, gdy przestarzałe przepisy powołuje się do życia. Na przykład nowiutką dyrektywę unijną numer 2007/65/WE. Co to za dyrektywa – o tym poniżej.
Żyjemy w czasach konwergencji mediów, czyli łączenia różnych działów. Ta konwergencja oznacza, że kiedyś zróżnicowane sposoby przekazywania informacji (telewizja naziemna i satelitarna, gazeta, radio, czasopismo, wypożyczalnia wideo, biblioteka itd.), dziś zaczynają oznaczać ten sam rodzaj dystrybucji: w wielkim skrócie – za każdym razem informacja kopiowana jest z jednego komputera na drugi przez internet.

Jeśli dla kogoś ta teza jest zaskakująca, to dlatego, że jest ona najpilniej skrywaną tajemnicą przemysłu medialnego i ustawodawców. Tymczasem nasze telewizory są komputerami, nasze komórki są komputerami, nasze odtwarzacze wideo są komputerami. Natomiast komunikacja cyfrowa zawsze oznacza kopiowanie treści z jednego urządzenia na inne. Jednak nie mówi się o kopiowaniu treści przez sieć. Mówi się o telewizji cyfrowej, wypożyczalniach i sklepach internetowych, radiu przez internet. Cokolwiek, byle nie komputery i kopiowanie samo w sobie, bo czar pryśnie.
Oczywiście, wcześniej czy później czar i tak pryśnie. Piosenki ze sklepu internetowego to przecież te same bity informacji, co piosenki puszczane w radiu internetowym czy ściągane torrentem (sposób wymiany plików w sieci). Tak samo brzmią na głośnikach, tak samo możemy je zapisać.

Biznes doskonale opanował wykorzystywanie technicznych ograniczeń do generowania zysku. Nowy film najpierw trafia do kina, potem do sklepów, następnie do wypożyczalni, potem na płytach dodawany jest do gazet, na koniec widzimy go w telewizji.
W czasach, gdy telewizja, radio, sklep, prasa i wypożyczalnia oznaczają kopiowanie tych samych bitów informacji, po tych samych kablach, na ten sam komputer, nagle cała precyzyjnie przeprowadzona segmentacja rynku wali się jak domek z kart. Nikną całe modele biznesowe.

Stare media obrosły całymi zestawami praw. Mamy osobne prawo dla prasy, osobne dla telewizji i radia, osobne dla telekomunikacji, osobne dla wydawców. Za każdym razem inne są reguły publikacji i rozpowszechniania, inne restrykcje i ograniczenia i przede wszystkim inne sposoby rozliczania.
Kiedy spróbujemy te zestawy praw nałożyć na internet, pojawią się kłopoty. Prasa: jak odróżnić stronę internetową, która jest prasą, od strony internetowej, która prasą nie jest? Czy to znaczy, że obejmujemy prawem prasowym wszystkie strony, czy żadną? Albo telewizja. A jeśli uznamy, że cyfrowa telewizja zlewa się w jedno z internetem, no to trzeba będzie rozwiązać Krajową Radę Radiofonii i Telewizji i jednym ruchem unieważnić całe palety ustaw, rozporządzeń i decyzji. Tylko jak się mają wtedy wszyscy rozliczać.

Na rozcięcie tego węzła gordyjskiego nikt się na razie nie porywa.
W zamian oferuje się nam prawne potworki, takie jak dyrektywa unijna numer 2007/65/WE o audiowizualnych usługach medialnych, która próbuje dokonać kwadratury koła i na nowe metody komunikacji nałożyć logikę starych mediów.
Przygotujcie się na urzędniczy bełkot. Oto pierwsza z brzegu próbka: „audiowizualne usługi medialne […] są usługami masowego przekazu, to znaczy są przeznaczone do odbioru przez znaczną część ogółu odbiorców i mogłyby mieć na nią wyraźny wpływ ”.

Na przykład prezentacja, którą posklejaliśmy w parę osób i wrzuciliśmy na YouTube, ma już 60 tysięcy widzów. To oczywiście nic w porównaniu z Jožinem z bažin, ale za to więcej niż widownia statystycznego programu TVP Kultura. Jako zwykli użytkownicy sieci podpadamy więc pod dyrektywę.
Dyrektywa ma szczery zamiar regulować nadawców takich jak TVP, a nie moją skromną osobę, więc dodaję, że jej zakres nie powinien obejmować „usług polegających na dostarczaniu […] treści audiowizualnej wytworzonej przez prywatnych użytkowników […]”.

TVN właśnie takie treści wprowadza na antenę, ale niestety, wygląda na to, że czeka nas wiele lat życia z prawami czerwonej flagi. Jedyne, co mnie w tym wszystkim pociesza, to myśl o uroczystych obchodach rocznicy dnia, w którym się tego balastu pozbędziemy.

Mam nadzieję, że go dożyję.

R. Jabłoński: Wielkie czystki po marcu 1968 roku

29 lutego 2008

rjablonski4.jpgWypadki marcowe i późniejsze antysemickie szaleństwo miały swą genezę w wojnie sześciodniowej na Bliskim Wschodzie. Otóż w czerwcu 1967 roku izraelskie wojska zmiotły arabskie armie, w większości uzbrojone przez Związek Radziecki. Polscy oficerowie analizowali te działania, a wielu z nich, pochodzenia żydowskiego, nie kryło satysfakcji.

Główny Zarząd Polityczy Wojska Polskiego postanowił wyczyścić szeregi armii. „Oficerów żydowskiego pochodzenia nie było wielu, przy 40-tysięcznym stanie kadry – 200, no może 250, jeśli troskliwie przestrzegać kryteriów norymberskich”– napisał w swych wspomnieniach generał Tadeusz Pióro.

Wykorzystano okazję i czystka dotknęła nie tylko osoby pochodzenia żydowskiego, ale i partjnych reformatorów. W krótkim czasie wyrzuconych zostało ponad 200 wyższych oficerów, w tym 14 generałów (niekoniecznie pochodzenia żydowskiego). Później pozbyto się jeszcze około 800, w tym wielu ożenionych z Żydówkami, co uznano wówczas za obciążający fakt. I tak zakończył się rok 1967.

Antysemickie nastroje pojawiły się też w cywilnych instytucjach państwa. Wielkie personalne zmiany zaszły m.in. w resorcie spraw zagranicznych. Z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyrzucono osiem tys. Żydów. W tym samym czasie do władzy zaczęła przeć grupa tak zwanych partyzantów. Byli to lewicowi kombatanci zgromadzeni wokół byłego leśnego dowódcy, a potem – ubeckiego generała Mieczysława Moczara.

Ci ludzie potrzebowali wolnych miejsc w urzędach państwowych, bo wciąż mieli ambicje polityczne, a niektórzy osiągali już emerytalny wiek. Więc czas pilił. W owym czasie Moczar był nie tylko ministrem spraw wewnętrznych, ale także prezesem zarządu organizacji kombatanckiej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Bezpośrednią przyczyną wydarzeń marcowych było zdjęcie z afisza Teatru Narodowego inscenizacji Mickiewiczowskich „Dziadów”. W wyniku późniejszych zamieszek rozwiązano dwa wydziały Uniwersytetu Warszawskiego – Filozofii i Pedagogiki, a także III rok Matematyki. W sumie zwolniono 1600 osób.

Wielu podpadniętych studentów natychmiast wcielono do wojska. Ile osób wróciło na uniwerek po ogłoszeniu ponownych przyjęć na wspomniane wydziały – nie wiadomo. Powodem jest niezgłoszenie się wielu studentów i pracowników, którzy zaczęli już wyjeżdżać z Polski.

Muzeum Uniwersytetu Warszawskiego ustaliło, iż sprawy 50 pracowników skierowano do komisji dyscyplinarnych, 74 nie przyjęto ponownie. A 104 osoby wyrzucono. Liczba osób pochodzenia żydowskiego, które opuściły kraj na zawsze, nie została nigdy precyzyjnie wyliczona.

Padają liczby od 10 do 20 tysięcy. Przeważnie mówi się o 15 tysiącach. Jednakże z różnych wyliczeń wynika, że od początku 1968 roku (pierwsze emigracje wojskowych) do końca 1969 roku wyjechało, głównie do Skandynawii, Stanów Zjednoczonych i Izraela prawie 12 tysięcy Żydów i ich nieżydowskich małżonków.
Ustalono, że kraj opuściło co najmniej 55 wyższych oficerów wojska oraz prawie 200 funkcjonariuszy resortu spraw wewnętrznych. Wyjechało też niemal 800 pracowników pionów politycznych partii (działały wtedy w Polsce trzy).
Z pionu rządowego – 10 byłych ministrów i wiceministrów. Z resortu spraw zagranicznych – 28 osób, w tym kilku dyplomatów. Media opuściło ponad 200 ludzi, w tym 15 redaktorów naczelnych oraz 60 osób z radia i telewizji. Świat filmu stracił 25 twórców, w tym paru znanych reżyserów (m.in. Aleksandra Forda – tego od „Krzyżaków”; 12 lat później, nie dając sobie rady z życiem poza Polską, popełnił samobójstwo). Wyjechało też 90 artystów i dziewięciu pisarzy.

Świat nauki z kolei stracił 25 profesorów, 30 docentów i ponad 200 innych pracowników wyższych uczelni. Emigrowało też niemal tysiąc studentów. Z Polski wyjechało również kilku profesorów, prawie 20 docentów oraz ponad 200 innych pracowników instytutów naukowych. Paradoksalnie, „wydarzenia marcowe 1968 roku – w armii nie miały konsekwencji tak rozległych, jak w środowisku cywilnym. Zabrakło Żydów”. To słowa wyrzuconego znacznie wcześniej generała Tadeusza Pióry.

Antysemicka nagonka była dość skuteczna. Wielu pozostałych w kraju Żydów, po przetrzymaniu trudnego okresu, nie przyznawało się już do swego pochodzenia; wielu zmieniło nazwiska, a inni miejsce zamieszkania. W 1975 roku, podczas zjazdu młodzieży akademickiej w Lublinie, szef Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edward Gierek powiedział, że Polska w 99 procentach jest narodowo jednolita.

Stolica odkryta na nowo

29 lutego 2008

solica.jpg

Lubimy sobie ponarzekać na Warszawę. Że za szara, chaotycznie zabudowana, za mało nowoczesna. Okazuje się, że to „za” może wywołać u zachodnich artystów zauroczenie i zachwyt. Ich inspirowaną warszawską tkanką sztukę możemy teraz oglądać w stolicy.

Stolica Polski – nazywana Paryżem Wschodu – od wieków inspiruje artystów. Najsłynniejszy obcokrajowiec zakochany w Warszawie to niewątpliwie malarz Bernardo Belotto, znany bardziej jako Canaletto. Był faworytem na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego. Zasłynął z tego, że zostawił po sobie słynny cykl 30 pejzaży przedstawiających widoki miasta. Ich dokumentacyjna wartość jest ogromna. Zostały wykorzystane przy odbudowie zniszczonej podczas wojny Warszawy. Dziś trudna i bolesna historia miasta jest magnesem przyciągającym uwagę artystów z zagranicy.

Przeczytaj cały tekst 

Warszawa – miasto hazardu i rozrywki

29 lutego 2008

gry.jpg

Maszyny do gier pojawiają się nawet w kwiaciarniach i barach z hot dogami Coraz więcej pieniędzy zostawiamy w kasynach i automatach do gry. W ubiegłym roku z podatku od gier losowych do budżetu państwa wpłynął ponad miliard złotych.W porównaniu z rokiem poprzednim dochody wzrosły o prawie jedną czwartą.

W ciągu trzech kwartałów 2007 r. w 22 salonach gier w okręgu warszawskim zostawiliśmy ponad 290 mln zł. Trzy czwarte tej sumy trafiło do kieszeni wygrywających.

Przeczytaj cały artykuł

Michel Platini apeluje: obudźcie się!

29 lutego 2008

platini.jpg

Francuska strona internetowa France Info zamieściła apel prezydenta UEFA Michela Platiniego do organizatorów piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 roku: obudźcie się!

Z tego jasno wynika, że Platini nie podziela optymizmu polskich i ukraińskich władz, które są niezwykle spokojne i cały czas zapewniają, że oba kraje zdążą z realizacją programu przygotowań do tej imprezy.

Przeczytaj cały artykuł 

Miasto dmucha w Żagiel Libeskinda

29 lutego 2008

orco.jpg

Po naszym środowym tekście w redakcji rozdzwoniły się telefony. Czytelnicy byli oburzeni, że protest grupki ludzi może zaszkodzić inwestycji, która ma stać się wizytówką stolicy. Mimo że na biurku wojewody mazowieckiego wylądowało pięć protestów przeciw inwestycji Złota 44, władze spółki Orco są spokojne.

Projekt wieży, która będzie najbardziej okazałym apartamentowcem w stolicy, był konsekwentnie blokowany przez grupkę osób z sąsiadującego ze Złotą 44 bloku. – Orco od początku rozmawiało z zarządem wspólnoty mieszkaniowej. Zawarliśmy z nimi umowę, na mocy której wyremontujemy ich dom i wypłacimy odszkodowania za straty związane z budową.

Przeczytaj cały artykuł 

Nie oddasz starego sprzętu, zapłacisz więcej za nowy

29 lutego 2008

agd.jpg

W ten kontrowersyjny sposób Ministerstwo Środowiska chce zmotywować ludzi do oddawania zużytego sprzętu. Teraz większość trafia na śmietnik. Projekt przewiduje wprowadzenie tzw. opłat depozytowych dla klientów kupujących nowy sprzęt elektryczny bądź elektroniczny.

– Wysokość depozytu będzie uzależniona od masy i ceny produktu. Zazwyczaj będzie to 10 proc. sugerowanej ceny detalicznej – przyznaje Bernard Błaszczyk z resortu środowiska.

Przeczytaj cały artykuł

Dotacja za abonament?

29 lutego 2008

Minister kultury Bogdan Zdrojewski w piśmie do komisji kultury oświadczył, że „rozważa zastąpienie opłat abonamentowych dotacjami z budżetu państwa”. Dotacja miałaby pokrywać koszty realizacji programów misyjnych, a o tym, co jest misją, decydowałyby „autorytety w dziedzinie mediów”.

W rękach parlamentu byłaby decyzja o przyznaniu pomocy publicznej na realizację tak określonej misji.

Przeczytaj cały tekst

Prosta droga nie zastąpi myślenia

28 lutego 2008

aniawittenberg3.jpgTragedią, która wydarzyła się pod wiaduktem na ul. Puławskiej, od dwóch dni żyje większość warszawiaków. Pasażer ferrari, które roztrzaskało się na słupie, nie żyje, kierowca w stanie ciężkim trafił do szpitala. W mediach i internecie zaczęło się szukanie winnych.

Kierowcy zwracają uwagę przede wszystkim na dziurawą drogę, z powodu której stracił życie niejeden człowiek. Wielu z nich wypomina Zarządowi Dróg Miejskich opieszałość w organizowaniu remontów i składanie obietnic bez pokrycia (remont feralnego odcinka zapowiadany był już dwa lata temu, kiedy w ciągu tygodnia zginęły tam dwie osoby).

Urzędnicy i policjanci zwracają uwagę, że na drodze były ograniczenia prędkości i ostrzeżenia, a ferrari, którym jechało dwóch dziennikarzy, przekroczyło dopuszczalną prędkość ponad trzykrotnie. Specjaliści zajmujący się motoryzacją przypominają, że taki samochód ma bardzo niskie zawieszenie i nadaje się raczej do jazdy po równej jak szkło autostradzie niż po podziurawionej Puławskiej.

Która z tych wersji była prawdziwą przyczyną wypadku? Jeszcze długo nie będzie wiadomo. Zresztą wydaje mi się, że nie jest to w tej chwili istotne. Znacznie ważniejsze jest – moim zdaniem – to, czego nasi kierowcy nauczą się z kolejnych wypadków. Nie zapominajmy bowiem, że nawet najprostsza droga nie zastąpi myślenia.

P. Dziubłowski: Wyczesane z głowy

28 lutego 2008

pdziublowski1.jpgFilm jak film. Z reklamami na początku i listą płac na końcu. Tylko w środku czegoś brakuje. Coś się urwało reżyserowi. Spokojnie. Ani Jarosław Żamojda, autor wyjątkowych pozycji w polskiej kinematografii ostatniej dekady – „Sześciu dni strusia” i „Rh+”, ani Mariusz Pujszo, twórca nie mniej błyskotliwy, którego „Legendy” nie sposób zapomnieć, ani nawet Rafał M. Lipka, reżyser „Łowców skór”, filmu, o którym było głośno, dopóki nie obejrzał go pierwszy widz – nie popełnili kolejnej zbrodni.

Spokojnie, bo tylko spokój może nas uratować. Recydywiści polskiego kina siedzą bezczynnie, czekając na producencką amnestię albo biznesmena, którego wybranka czy kochanka ma aktorskie ambicje – polskie kino leczy rany po ich ciosach – a tu nagle ni stąd ni zowąd, bęc! Na widza zamachnął się twórca, przy którym bledną talenty Żamojdy, Pujszy i Lipki razem wziętych. To Wist. Nie Jarek, znany artysta stołecznych scen, ale Robert, filmowiec. Świat zadziwił trzy lata temu debiutem „Raj u stopy” na podstawie własnego scenariusza, absolutnie najgorszym filmem, jaki widziałem w życiu. Główną rolę zagrał tam Cezary Żak. Pewnie już to wyparł, bo rola producenta rajstop to obciach dużo większy niż „Mydełko Fa” w wykonaniu Marka Kondrata.

Jak aktor pokroju Żaka zgodził się na taką chałturę i pozwolił sobie na dowcip, dla którego nawet koszary to zbyt wysokie progi – nie pojmuję. Film Wista, jak się okazało biznesmena z branży tekstylnej realizującego swoje marzenie tym utworem, tygodnik „Newsweek” przywitał niemałą, pochlebną recenzją. Gusta i guściki czy może zawisłe i niezawisłe dziennikarstwo? Odpowiedź zostawmy sumieniu autora tamtego tekstu. Może równie ciepło napisze o „Teczkach” – drugim rozdziale w filmografii Wista. Streścić tego tytułu nie sposób. Gdzieś tam w tle atmosfera lustracji, a na pierwszym planie „sprawy i sprawki”, co jak mantrę powtarzają bohaterowie, których postępowania nigdy nie pojmiemy.

Robert Wist jest jak Florence Fosters Jenkins, znana ze spektaklu „Boska” Krystyny Jandy milionerka, która za własne pieniądze wyrobiła sobie opinię najgorszej śpiewaczki świata. Wist na razie w Polsce nie ma konkurencji.

Bo PO źle załatwia

28 lutego 2008

tusku.jpgPremier jest miły i się uśmiecha. Fajnie. Tylko co z tego wynika dla Warszawy? – pytają warszawscy posłowie PiS. Zwołali wczoraj konferencję pod hasłem „Warszawa po 100 dniach rządu Donalda Tuska”. I zaatakowali…Hannę Gronkiewicz-Waltz.

Ich zarzut: jako prezydent miasta i wiceszefowa PO nie wykorzystuje komfortowej sytuacji, gdy jej partia rządzi krajem i stolicą.

– Dotąd nie widać, by wybrany przez warszawiaków premier wspierał panią prezydent w działaniach, by w Warszawie żyło się lepiej – parafrazował hasło PO z kampanii parlamentarnej poseł PiS Artur Górski.

Szef PiS w Warszawie Mariusz Błaszczak wytknął, że rząd przestał pracować nad ustawą metropolitalną, która pozwoliłaby m.in. skoordynować inwestycje planowane na granicy Warszawy i gmin ościennych. Przypomniał, że PO i PSL odrzuciły poprawkę PiS, by w budżecie państwa było 60 mln zł na metro.PiS zarzuca też pani prezydent, że nie zareagowała, gdy resort rozwoju regionalnego wykreślił stołeczne inwestycje za ok. 150 mln euro z listy projektów ubiegających się o dofinansowanie z UE.

Chodzi m.in. o plany uzdatniania wody w wodociągach (liczyły na 64 mln euro) czy projekty uregulowania i zagospodarowania brzegów Wisły (27 mln euro).

– Ani rząd, ani prezydent miasta nie dbają, by na rozwój Warszawy szły większe pieniądze. A przecież, gdy w Sejmie jest przychylna koalicja, to zawsze można coś wychodzić – zarzuca posłanka Anna Sikora. I deklaruje: – Czekamy na projekty PO, które moglibyśmy poprzeć.

– Nie będziemy prezentować optyki, że kolega z kolegą zawsze coś załatwi. Ale współpraca miasta z rządem układa się dobrze – mówi Tomasz Andryszczyk, rzecznik prezydent miasta. – Ostatnio mieliśmy kilka spotkań z różnymi ministrami. MSWiA daliśmy kilkaset stron propozycji zmian w przepisach, które ułatwiłyby pracę samorządowi.

Puławska znów będzie zamknięta

28 lutego 2008

W nocy z piątku na sobotę drogowcy zamkną ulicę w stronę centrum między Dolną i Domaniewską. Tym samym wznowią wstrzymaną w grudniu przebudowę głównej ulicy Mokotowa.

Jak będzie wyglądała organizacja ruchu? W stronę centrum pojedziemy pod prąd sąsiednią jezdnią. Na Ursynów zaś poprowadzi zakorkowany, znany już dobrze kierowcom z ubiegłego roku objazd: Dąbrowskiego, Kazimierzowską, Krasickiego i Wielicką do al. Niepodległości.

Na remontowanym odcinku drogowcy dopuszczą tylko ruch lokalny – na jednym pasie – dla mieszkańców okolicznych budynków. Do basenów Warszawianki trzeba dojeżdżać ul. Odyńca.

Objazdy Puławskiej potrwają do 25 kwietnia. Wtedy zacznie się ostatni etap utrudnień: do 10 maja drogowcy będą przebudowywali tory na skrzyżowaniu ul. Puławskiej z ul. Woronicza, gdzie jezdnia będzie zwężana. Po tej dacie utrudnień na jezdni ma już nie być – tak postanowił miejski koordynator remontów Wiesław Witek.

W czasie przygotowań do remontu panuje gigantyczny bałagan. Firma Strabag – wykonawca remontu – zdaje się o tym nie wiedzieć. W ciągu ostatnich dni ustawiła znaki z informacją, że utrudnienia potrwają do końca czerwca. Drogowcy tłumaczą wykonawcę tym, że do tej daty będą jeszcze trwały prace wykończeniowe, np. na chodnikach. Remont Puławskiej będzie kosztował 44,9 mln zł.

Wiceprezydent miasta Jacek Wojciechowicz obiecywał, że to będzie „wzorcowy remont”, a prace skończą się przed końcem ub. roku. Słowa nie dotrzymał.

W czasie remontu Puławskiej korki na Kazimierzowskiej, Wielickiej i w al. Niepodległości będziemy mieli jak w banku. Czy można ich uniknąć? Najlepszy sposób: przesiąść się do jeżdżących Puławską tramwajów albo kursującego pod al. Niepodległości metra. Auto można zostawić na parkingu „Parkuj i Jedź” przy stacji Wilanowska (przy wyjeździe należy okazać bilet – do wyboru: dobowy, trzydniowy, tygodniowy, 30- albo 90-dniowy).

Jeśli nie rozstajesz się z samochodem, możesz przebijać się ul. Sobieskiego i Sikorskiego albo Żwirki i Wigury. Świetnym rozwiązaniem byłaby Wołoska, gdyby nie wąskie gardło między Wiktorską i Garażową – tego odcinka Zarząd Dróg Miejskich nie jest w stanie poszerzyć od ośmiu lat.