Nie można opisywać zjawisk w sieci przepisami, które są stosowane tylko do tradycyjnych, dużych nadawców. Zabawnie jest, gdy przestarzałe przepisy ciągle obowiązują. Myślę na przykład o uchylonym dopiero w 1896 roku prawie, w myśl którego przed samochodem powinien iść człowiek wyposażony w czerwoną chorągiew.
Jego uchylenie uroczyście świętowano jeszcze w latach 30., bo było drastycznym przykładem regulacji, która – ignorując postęp technologiczny – skutecznie powstrzymywała zmiany korzystne dla społeczeństwa. Jednak jeszcze zabawniej jest, gdy przestarzałe przepisy powołuje się do życia. Na przykład nowiutką dyrektywę unijną numer 2007/65/WE. Co to za dyrektywa – o tym poniżej.
Żyjemy w czasach konwergencji mediów, czyli łączenia różnych działów. Ta konwergencja oznacza, że kiedyś zróżnicowane sposoby przekazywania informacji (telewizja naziemna i satelitarna, gazeta, radio, czasopismo, wypożyczalnia wideo, biblioteka itd.), dziś zaczynają oznaczać ten sam rodzaj dystrybucji: w wielkim skrócie – za każdym razem informacja kopiowana jest z jednego komputera na drugi przez internet.
Jeśli dla kogoś ta teza jest zaskakująca, to dlatego, że jest ona najpilniej skrywaną tajemnicą przemysłu medialnego i ustawodawców. Tymczasem nasze telewizory są komputerami, nasze komórki są komputerami, nasze odtwarzacze wideo są komputerami. Natomiast komunikacja cyfrowa zawsze oznacza kopiowanie treści z jednego urządzenia na inne. Jednak nie mówi się o kopiowaniu treści przez sieć. Mówi się o telewizji cyfrowej, wypożyczalniach i sklepach internetowych, radiu przez internet. Cokolwiek, byle nie komputery i kopiowanie samo w sobie, bo czar pryśnie.
Oczywiście, wcześniej czy później czar i tak pryśnie. Piosenki ze sklepu internetowego to przecież te same bity informacji, co piosenki puszczane w radiu internetowym czy ściągane torrentem (sposób wymiany plików w sieci). Tak samo brzmią na głośnikach, tak samo możemy je zapisać.
Biznes doskonale opanował wykorzystywanie technicznych ograniczeń do generowania zysku. Nowy film najpierw trafia do kina, potem do sklepów, następnie do wypożyczalni, potem na płytach dodawany jest do gazet, na koniec widzimy go w telewizji.
W czasach, gdy telewizja, radio, sklep, prasa i wypożyczalnia oznaczają kopiowanie tych samych bitów informacji, po tych samych kablach, na ten sam komputer, nagle cała precyzyjnie przeprowadzona segmentacja rynku wali się jak domek z kart. Nikną całe modele biznesowe.
Stare media obrosły całymi zestawami praw. Mamy osobne prawo dla prasy, osobne dla telewizji i radia, osobne dla telekomunikacji, osobne dla wydawców. Za każdym razem inne są reguły publikacji i rozpowszechniania, inne restrykcje i ograniczenia i przede wszystkim inne sposoby rozliczania.
Kiedy spróbujemy te zestawy praw nałożyć na internet, pojawią się kłopoty. Prasa: jak odróżnić stronę internetową, która jest prasą, od strony internetowej, która prasą nie jest? Czy to znaczy, że obejmujemy prawem prasowym wszystkie strony, czy żadną? Albo telewizja. A jeśli uznamy, że cyfrowa telewizja zlewa się w jedno z internetem, no to trzeba będzie rozwiązać Krajową Radę Radiofonii i Telewizji i jednym ruchem unieważnić całe palety ustaw, rozporządzeń i decyzji. Tylko jak się mają wtedy wszyscy rozliczać.
Na rozcięcie tego węzła gordyjskiego nikt się na razie nie porywa.
W zamian oferuje się nam prawne potworki, takie jak dyrektywa unijna numer 2007/65/WE o audiowizualnych usługach medialnych, która próbuje dokonać kwadratury koła i na nowe metody komunikacji nałożyć logikę starych mediów.
Przygotujcie się na urzędniczy bełkot. Oto pierwsza z brzegu próbka: „audiowizualne usługi medialne […] są usługami masowego przekazu, to znaczy są przeznaczone do odbioru przez znaczną część ogółu odbiorców i mogłyby mieć na nią wyraźny wpływ ”.
Na przykład prezentacja, którą posklejaliśmy w parę osób i wrzuciliśmy na YouTube, ma już 60 tysięcy widzów. To oczywiście nic w porównaniu z Jožinem z bažin, ale za to więcej niż widownia statystycznego programu TVP Kultura. Jako zwykli użytkownicy sieci podpadamy więc pod dyrektywę.
Dyrektywa ma szczery zamiar regulować nadawców takich jak TVP, a nie moją skromną osobę, więc dodaję, że jej zakres nie powinien obejmować „usług polegających na dostarczaniu […] treści audiowizualnej wytworzonej przez prywatnych użytkowników […]”.
TVN właśnie takie treści wprowadza na antenę, ale niestety, wygląda na to, że czeka nas wiele lat życia z prawami czerwonej flagi. Jedyne, co mnie w tym wszystkim pociesza, to myśl o uroczystych obchodach rocznicy dnia, w którym się tego balastu pozbędziemy.
Mam nadzieję, że go dożyję.