Nawet Podolski nie był w stanie spowodować, abyśmy po raz pierwszy w historii kibicowali Niemcom.
Mistrzostwa Europy omal nie zakończyły się dla Polaków całkowitą katastrofą. Gdyby bowiem przed rozpoczęciem turnieju spytano nas o przedstawienie najczarniejszego z możliwych scenariuszy, większość odpowiedziałaby zapewne tak: biało-czerwoni nie wygrają meczu, trener zwali wszystko na sędziego; jedyni Polacy, którzy zdobędą gole na Euro, to Klose i Podolski; a w finale zagrają nasi odwieczni „przyjaciele”, czyli Niemcy i Rosjanie. Uff, udało się uniknąć przynajmniej tego ostatniego, bo jedynym pytaniem przed rozpoczęciem meczu byłoby nie komu kibicujemy, ale której z drużyn życzymy minimalnie gorzej. Władze TVP mogłyby w ostatniej chwili odwołać transmisję „z przyczyn patriotycznych” albo „dużych kosztów przy niskiej oglądalności” tak jak w przypadku jubileuszu Wałęsy.
Zamiast Rosjan do finału awansowała jednak Hiszpania, co diametralnie zmieniło postać rzeczy. Ten kraj akurat od dawna kojarzy nam się (Piechniczkowi to już w szczególności) z tym, co najlepsze – piękne plaże, flamenco, mecze Realu z Barceloną, kuszące „senoritas”, zabawy do białego rana na świeżym powietrzu, Boniek strzelający Belgom trzy gole na mundialu w 1982 roku. W tym kraju nawet Beenhakkerowi udało się coś wygrać, a mianowicie – trzy tytuły mistrzowskie
z Realem, czego nie powtórzył nigdy wcześniej ani później. Dobre nazwisko jednak pozostało…
Dlatego (i oczywiście nie tylko dlatego, bo każdy ma swoje osobiste powody) w finale większość z nas kibicowała Hiszpanom. Nieważne, że to Niemcy są naszym najważniejszym partnerem ekonomicznym i zostawiają w Polsce więcej pieniędzy niż jakakolwiek inna nacja, a Angela Merkel cierpliwie znosi wszystkie cierpkie komentarze ze stron wpływowych polityków zza prawego brzegu Odry. To już siła przyzwyczajenia. A poza tym Hiszpanie, po prostu, lepiej grają w piłkę. Jeśli ktokolwiek uważał inaczej, po zakończeniu wczorajszego finału miał szansę zmienić zdanie.