BloK, czyli blog o komunikacji
Robert Biskupski o stołecznej komunikacji

Coraz więcej osób przyłącza się do inicjatywy „Tak dla S7”, mającej na celu przekonanie ministra transportu do przyspieszenia budowy drogi z Warszawy do Grójca.

 trasa.jpg
Fot. Michał Walczak/Fotorzepa

W Programie Budowy Dróg Krajowych na lata 2011-2015 przewidziano, że ruszy ona dopiero po roku 2013. Z kolei na stronie Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad czytamy, że prawdopodobnie zacznie się ona w pierwszym kwartale 2015 r., a zakończy dwa i pół roku później.

Pomysłodawcy petycji o przyspieszenie budowy argumentują, że dzięki temu możliwe będzie odciążenie ulicy Puławskiej i wjazdu do Warszawy i wyjazdu z niej na wysokości Janek i Raszyna oraz usprawnienie dojazdu do lotniska Chopina dla osób wjeżdżających od południa.

Pomysł wspierają m.in. samorządy Piaseczna, Grójca, Radomia, mieszkańcy Józefosławia czy Tarczyna. Petycję w Internecie podpisało już: 2165 osób, 386 osób złożyło autograf pod petycją papierową.

W sklepach i salonach na południu pojawiają się też reklamowe standy z argumentami i gotowym tekstem petycji. Na stronie www.takdlas7.pl pojawiają się też pierwsze wyrazy poparcia mieszkańców.

„Wszyscy mamy świadomość, że trasa S7 będzie jedną ze strategicznych arterii transportowych w naszym kraju. Niezwykle istotne jest też jej znaczenie dla mieszkańców naszego rejonu, którzy codziennie doświadczają koszmaru jazdy po niewydolnej komunikacyjnie ulicy Puławskiej” – napisał Mirosław Wiliusz, radny gminy Lesznowola

„Teraz dojazd na uczelnię (UKSW na Bielanach) zajmuje mi około 2h. Gdyby powstała obwodnica S7, to ruch z południa zostałby przeniesiony na tę właśnie trasę, co dla nas byłoby bardzo korzystne i skróciłoby czas dojazdu do pracy, szkoły” – uważa Łukasz Grochla, radny gminy Lesznowola, mieszkaniec miejscowości Łazy.


Ruszył sezon utrudnień w centrum miasta. Przez całe wakacje będziemy mieli różnego rodzaju imprezy, biegi, przemarsze, wyścigi. Z jednej strony to dobrze, bo widać, że miasto żyje i coś się tu dzieje, ale z drugiej – od zmian w komunikacji można zwariować.

Gdy nałożą się na to frezowania, protesty, wypadki - miasto będzie sparaliżowane. W weekend wielu kierowców nie wiedziało, którędy przejechać przez centrum. Na Trasie Łazienkowskiej frezowanie, na Moście Poniatowskiego korek, w Al. Ujazdowskich demonstracja.

Pojawia się pytanie, być może głupie. Za wyjątkiem frezowań i remontów – czy to wszystko naprawdę musi odbywać się w centrum? Czy Półmaratonowi Warszawskiemu by wiele ubyło, gdyby zamiast głównymi ulicami prowadził np. po mało uczęszczanych uliczkach Rembertowa? Czy Manifa musi zablokować akurat centrum miasta? A marsze za czy przeciw czemuś koniecznie muszą kończyć się przed Sejmem i Kancelarią Premiera? Z punktu widzenia protestujących jest to oczywiście niezbędne i prestiżowe. Z punktu widzenia człowieka stojącego w korku – coraz bardziej irytujące.

Z jednej strony nikomu nie powinno się zabraniać prawa do demonstracji i zabawy. Z drugiej – nie powinno się tez uniemożliwiać przejazdu przez centrum. Naprawdę nie da się tego jakoś pogodzić?


Gdyby ktoś policzył samochody, które używają rano w Warszawie świateł awaryjnych, mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z prawdziwą plagą zepsutych aut.

Sznur samochodów w al. Solidarności ciągnie się ponad kilometr. Powód? Samochód dostawczy „zepsuł się” akurat przed sklepem, do którego dostarcza towar. Nieważne, że w porannym szczycie blokuje przejazd osobom jadącym do pracy. Piwko trzeba wnieść.

 parkowanie.jpg
fot. Krzysztof Słodowski/Fotorzepa 

Na ul. Pańskiej kierowcy trąbią i klną. Przejechać się nie da. Właściciel luksusowej limuzyny musiał „na chwilkę” wejść do biura i załatwić bardzo ważną sprawę. Furgonetka, która próbuje przejechać, zablokowała całą ulicę. No nic, trąbimy i czekamy. Światła awaryjne włączone.

Kilkaset metrów dalej na środku ulicy czeka taksówka. Na klakson reaguje jedynie rozłożeniem rąk. „Ja czekam na klienta, to wy też poczekacie”. Podobnie robią kurierzy. Włączają awaryjne światła i zmuszają do czekania.

Jakoś nie słychać o próbach rozwiązania tego problemu. Choć pewnie gdyby się ktoś postarał, znalazłoby się wyjście. Wystarczyłoby wyznaczyć miejsca dla dostawczaków i aut kurierów w najbardziej newralgicznych miejscach. Przykładowo w godz. 8-14 mogłyby tam parkować tylko one i tylko na kilkanaście minut.

Jednak zmniejszyłoby to liczbę miejsc parkingowych, których i tak brakuje, szczególnie w centrum. Ale czy takie rozwiązanie nie wpłynęłoby pozytywnie na ruch w całym mieście?


Tagi: , ,

Po środowej wpadce urzędników Zarządu Dróg Miejskich korytarze urzędu miasta trzęsą się od plotek. Pracownicy ratusza twierdzą, że sygnalizacja świetlna to jeden z ostatnich obszarów, w których spodziewali się interwencji CBA.”Malowniczy przejść dla pieszych powinni się mieć na baczności” - skomentował jeden z naszych ulubionych radnych.

 swiatlo.jpg
Fot. Adam Burakowski/Fotorzepa

Do nas najczęściej docierały przemyślenia na temat przedmiotu tych łapówek. „To w końcu oni brali za to, żeby światła działały, czy żeby nie działały?” – zastanawiał się jeden z urzędników.

Innego wydźwięku nabrały też niektóre powiedzenia. „Tego też czeka świetlana przyszłość” – powiedziano o jednym z notabli i wcale nie oznacza to dla niego nic dobrego. „Najciemniej jest pod sygnalizatorem”, „dawać jasne sygnały”, „światełko w tunelu” – te hasła obiegały wczoraj ratusz.

Pojawił się jednak problem. Skoro zatrzymano osoby decydujące o sygnalizacji, kto teraz będzie ustawiał w mieście światła?

Sygnalizacja będzie musiała się zmienić chociażby przy otwarciu dla tramwajów al. Jana Pawła II czy przy zamknięciu ul. Marszałkowskiej. Kto się tego podejmie, skoro na osobach decyzyjnych ciążą zarzuty?

Złośliwi twierdzą, że teraz na skrzyżowania będą teraz musieli wyjść policjanci i ręcznie kierować ruchem. Za karę.


Budowniczy drugiej linii metra znaleźli w piątek kamień węgielny Fabryki Drożdży zakopany sto lat i czternaście dni wcześniej. Znajdował się tam też „Kurjer Warszawski” z 30 marca 1912 r.

metro.jpg

Fot. Rafał Guz/Fotorzepa

 Przyglądając się ogłoszeniom w starej gazecie, można zauważyć, jak wiele się od tego czasu w Warszawie zmieniło. Dzisiaj na pewno by napisano, że „zaginął zeszyt – nagroda”, jednak sto lat temu czytelnicy przeczytali, że „dn. 29 w piątek zgubiono kajecik z zapisywaniem robót, łaskawy znalazca zechce oddać za nagrodą”. Obecne restauracje, zachęcające klientów hasłem „szybko i tanio”, mogłyby wiele się nauczyć od restauracji Domowe Obiady Lehrera. „Znana od dawna restauracja ze swymi smacznymi obiadami ma zaszczyt zawiadomić, iż przyjmuje zamówienia na święta po cenach przystępnych” – czy to nie brzmi uroczo?

Dobrze też zobaczyć czasopismo, w którym nie ma reklam tanich zmywarek i wyprzedaży laptopów. Co reklamowano sto lat temu? „Sposób robienia kwasów chlebowych sprzedam. Oferty „Kwas” Kurier Poranny.”, „Przeciwko odstającym uszom, zwłaszcza dzieciom, znakomitym środkiem Drehera ‘Korektory uszne’. Dreher, Szpitalna 6”.

Nie brakowało też technik manipulacyjnych. „Musztarda Schweitzera do nabycia wszędzie. Ostrzegam przed falsyfikatami sprzedawanymi na wagę” – czytamy w jednym z ogłoszeń. Kolejny sprzedawca poszedł jeszcze dalej: „Maniu, proszę Cię bardzo, jak będziesz u swojej teściowej, wstąp do składu aptecznego Lilienfelda, dawniej Radłowskiego i kup mi 2 funty zaprawy do froterowania podłogi jasny orzech A-Z Stanisława Fiszera, gdyż tylko tą uznają za najlepszą.”

Są też takie, które dzisiaj ciężko zrozumieć: „Poszukuję dziecka do piersi. Grochowska 24”

Ciekawe, jak reagować będą na obecne gazety ci, którzy wykopią je za sto lat. Czy – patrząc na tendencję do skracania – będą się dziwić, że na m S-ka ktoś kiedyś mówił „stacja metra Świętokrzyska”? Czy problemy z buspasami będą brzmiały dla przyszłych pokoleń jak sposób robienia kwasu chlebowego? A nowoczesne technologie będą przypominały „Korektory uszne” Drehera?

No i czy będzie można gdzieś jeszcze kupić falsyfikaty na wagę?


 danka.jpg
Fot. Danuta Matloch/Fotorzepa

Przechodzenie na skrzyżowaniach z sygnalizacją świetlną często dostarcza warszawiakom wielu emocji. Duża część z nich jest tak ustawiona, że bez medalu olimpijskiego w chodzie sportowym nie mamy co marzyć o przejściu z jednej strony ulicy na drugą za jednym razem.

Tak ustawiono np. sygnalizację przy Kercelaku. Ci, którzy dojeżdżają Towarową do al. Solidarności, by tam przesiąść się w tramwaj w stronę Pragi, muszą mieć bardzo dobrą kondycję. Codzienny wyścig ze światłami czyni mistrza. W biegu z siatkami przez jezdnię.

Co ciekawe, czerwone na przejściach przez jezdnie pali się, gdy przejeżdżają tylko tramwaje. Piesi czekają więc przed pustą jezdnią.

Absurdalne są też ustawienia świateł na Bemowie. Przez ul. Połczyńską ciężko przejść, nie obawiając się o swoje życie. Zielone światło zaczyna bowiem pulsować mniej więcej po przejściu trzech metrów. A kierowcy już gazują, by przechodnia pospieszyć.

Szczytem absurdu jest przejście przez ul. Okopową na wysokości ul. Dzielnej. Nie wiadomo, z czym jest tam zsynchronizowana sygnalizacja, na pewno nie z innymi skrzyżowaniami. Gdy samochody czekają na krzyżówce z ul. Żytnią i jezdnia jest pusta, przechodnie mają czerwone światło. Dopiero gdy auta ruszą, zapala się żółte i kierowcy muszą znów się zatrzymać. Po co? Nie wiadomo.

Nic więc dziwnego, że przechodniom nie chce się ani czekać na zmianę światła, ani denerwować kierowców wciskaniem przycisku, by mieć zielone. Podobnie przy Kercelaku – skoro samochody jeszcze stoją, to można iść.

Takie miejsca są idealne dla ratowania podupadającego budżetu państwa. Wystarczy, że patrol stanie przy idiotycznej sygnalizacji, a spokojnie wystawi mandaty na kilka tysięcy. Na pewno ktoś powie „dura lex, sed lex”. Tylko, czy prawo nie może być sensowne?


Jednym z najciekawszych miejsc, w które dziennikarze zaglądają w poszukiwaniu informacji o Warszawie jest niewątpliwie strona Zarządu Dróg Miejskich. Osoba przygotowująca teksty dwoi się i troi, by o zwykłych dziurach napisać w sposób, którego nie powstydziliby się poeci.

zdm.jpg
www.zdm.waw.pl

Jak poinformować mieszkańców o tym, że robotnicy wrócili na most? Podając suche fakty? Nic podobnego. „Pyr, pyr, pyr. Pi, pi, pi. Ta, ta, ta, ta. To nie odgłosy ptaków korzystających ze słonecznej pogody przedwiośnia, jaką przyniósł wyż, lecz dźwięki maszyn, które powróciły nad Kanał Żerański” – napisali urzędnicy ZDM.

Podobnych informacji jest więcej. Niedawno ruszył remont przejścia podziemnego pod Rondem Dmowskiego. „Klatka bez schodów przypomina najazd skoczni narciarskiej, mimo to robotnicy nie tracą równowagi” – relacjonuje rzecznik drogowców.

Trudno nie wyobrazić sobie takiej awarii ciepłowniczej: „Gdyby nie Miejski System Informacji moglibyśmy pomyśleć, że jesteśmy na dalekiej Islandii wśród pary wód termalnych. Tymczasem kłęby pary wodnej spowiły skrzyżowanie ul. Jana III Sobieskiego z Ludwika Idzikowskiego i al. generała Władysława Sikorskiego”.

Czasem trzeba się również pochwalić. Choćby tym, że dziesięć osób uczęszcza na kurs języka migowego. „Będzie to budujące dla obu stron: osoby głuchonieme zdobędą możliwość samodzielnego załatwienia spraw związanych z płatnym parkowaniem, bezpieczeństwa ruchu drogowego. Nam zaś urosną skrzydełka. Troszeczkę.” – czytamy na stronie.

W niektórych wpisach da się wyczuć nutkę mistycyzmu. „Nim skończy się 1 lutego, lecz nie zacznie druga doba drugiego miesiąca roku, wygaśnie iluminacja świąteczna. (…) Nie smućmy się jednak! Iluminacja wróci jeszcze w tym roku” – pociesza ZDM.

Samokrytyka? Proszę bardzo: „Tunel w ciągu ulicy Marymonckiej pod ulicą Pułkową nie grzeszył urodą ostatnimi laty. Przecieki, wycieki, ubytki betonów, lodowe jęzory przed rokiem, taki obraz widzieli kierowcy jadący na Gdańsk.”

Nic więc dziwnego, że takie informacje zdobywają rzesze wielbicieli oraz – rzecz jasna – naśladowców.

Jedna z ostatnich informacji na stronie Żoliborza zaczyna się od słów: „Życie cyklisty jest jak film z Bollywood „Czasem słońce czasem deszcz”. I tak też natura nas doświadczyła podczas ostatniego sobotniego rajdu rowerowego Żoliborz Niedostępny”.

Tak trzymać!

PS - Początkowo przez pomyłkę zilustrowaliśmy wpis zrzutem ekranowym strony niewłaściwej instytucji. Przepraszamy.


Ratusz pozbywa się z ulic „harmonijkowych” autobusów czyli wysłużonych Ikarusów, zastępując je nowoczesnymi, niskopodłogowymi pojazdami. Natura nie znosi próżni, więc harmonijki wracają do komunikacji miejskiej pod zmienioną postacią.

akor.jpg
Fot. Rafał Guz/Fotorzepa

Właściwie to nie tyle harmonijki, co harmonie, które coraz częściej spotkać można w tramwajach, szczególnie wzdłuż Al. Jerozolimskich i ul. Grójeckiej. Grają na nich szczególnie osoby o śniadej cerze, od małych dzieci do starszych panów.

Przykładowo w czwartek w tramwaju linii 25 pierwszy koncert pasażerowie usłyszeli przy Muzeum Narodowym, drugi – za Rotundą, a trzeci – po przekroczeniu placu Zawiszy. Dałoby się to jeszcze wytrzymać, gdyby repertuar był ciekawy. Niestety wszyscy troje zagrali szlagier zaczynający się od słów „Miała matka syna”. Swobody interpretacji utworu nie powstydziłaby się Edyta Górniak, wykonawczyni hymnu państwowego.

Na uwagi pasażerów miasto odpowiada, że motorniczy ma obowiązek wyprosić z pojazdu osoby żebrzące, niezależnie od tego, czy grają na instrumentach, czy np. tańczą break dance. Czy to robią? Wystarczy wejść do tramwaju w Al. Jerozolimskich i się przekonać.

Zjawisko przybiera na sile, co przed mistrzostwami Euro 2012 niepokoi coraz bardziej. Jak zapamiętają nas kibice, którzy przyjadą do Warszawy? Polska jako kraj grających na harmonii tramwajowych żebraków – chyba nie o taki wizerunek walczy Biuro Promocji Miasta.

Tym bardziej, że już podczas meczu Polska-Portugalia  mieliśmy przedsmak różnego rodzaju cwaniaków, którzy opanowali okolice Stadionu Narodowego i linię tramwajową, która do niego prowadzi. W ciągu 10 minut spotkać można było panią, której „zabrakło na leki, a tak źle się czuje”, trzech panów z nieśmiertelnym „kierowniku, poratuj” na ustach czy dzieci zbierające na bułkę.

Podobnie w tramwajach – muzyka grała, monety w kubkach brzęczały, biznes się kręcił. Nic nie zapowiada się na to, by „tramwajowi grajkowie” chcieli zrezygnować z dużego zarobku podczas mistrzostw. Tylko czy przez ten zarobek nie straci czasem miasto? Przede wszystkim wizerunku?


Zarząd Dróg Miejskich uruchomił we wtorek z powrotem windy w przejściu podziemnym pod rondem Dmowskiego. Drogowcy mają do tego stopnia złe doświadczenia z wandalami, że chcą przy dźwigach postawić ochronę.

 wuinda.jpg
Fot. K. Skłodowski/Fotorzepa

Nowe windy będą miały specjalne kurtyny, które uniemożliwią np. przycięcie ręki dziecku, które znajduje się w pobliżu, monitoring i czujnik wilgoci. Przedstawiciele ZDM twierdzą, że zamontowano go po to, by móc zareagować, gdy będzie zbierała tam się woda. To tylko pół prawdy – windy bardzo często służyły wracającym z imprez jako toalety. Fetor, który panował w środku, nie pozwalał na korzystanie z wind osobom, które naprawdę tego potrzebowały – starszym, czy niepełnosprawnym.

Dochodzą do tego „dowcipni” młodzi ludzie, którzy chcą przetestować wytrzymałość wind, niszcząc je w sposoby, o których nawet filozofom się nie śniło.

- Niedawno zostały zdewastowane dźwigi przy al. Krakowskiej – mówi rzeczniczka ZDM Karolina Gałecka. – Wandale zniszczyli nawet maszyny, które się w nich znajdowały.

Tymczasem drogowcy mają ograniczone środki finansowe. Już w czerwcu 2011 r. z powodu dewastacji skończyły się pieniądze na utrzymanie wind na cały 2011 r.

Podobne problemy mają inne stołeczne służby. Nagminnie niszczone są np. przystanki autobusowe. Jak podaje Zarząd Transportu Miejskiego, tylko w 2010 r. wybito 1145 szyb, wyrwano lub uszkodzono 686 słupków i zniszczono 218 ławeczek. Na ich naprawę miasto wydało ponad milion złotych.

Co ciekawe, w innych krajach, jak w Niemczech, Szwecji czy Finlandii takie dewastacje zdarzają się bardzo rzadko. Zniszczenie własności publicznej jest tam powodem do ostracyzmu, a nie chwały.

Czy w Warszawie naprawdę koło każdego przystanku, windy, czy przejścia podziemnego trzeba postawić ochroniarzy? Jak pozbyć się „radosnej twórczości” niektórych przechodniów?



zabki.jpg

„Jestem z Ząbek” – takie hasło widnieje na pierwszej stronie Karty Mieszkańca tego miasta. Wyrobić może ją każdy, kto jest tam zameldowany, a od maja też ci, którzy płacą w Ząbkach podatki. Karta umożliwia mieszkańcom bezpłatne przejazdy tzw. „Darmobusem”, czyli ząbkowską komunikacją miejską. Niezameldowani i niepłacący podatków muszą płacić za bilet 3 zł.

Odżywa przy tej okazji dyskusja na temat opłat za bilety w Warszawie. Władze miasta z jednej strony chcą namówić mieszkańców, by płacili podatki właśnie w tym mieście, z drugiej – nie robią nic, by im się to opłacało.

Postulat, by ci, którzy płacą podatki w Warszawie, mogli kupować bilety ze zniżką, pojawia się już od dawna. Przynajmniej te miesięczne i kwartalne. Zwolennicy pomysłu twierdzą, że płacący podatki w stolicy płacą za przejazd więcej, niż ci, którzy odprowadzają je gdzieś indziej. Bo płacą podwójnie: w urzędzie skarbowym i w kasie, przy kupnie biletu. Poza tym nieuczciwe jest, że część osób łoży na utrzymanie taboru i dróg, a inni dotują – nie wiadomo czemu – inne miejscowości.

Ci, którzy podatków płacić w Warszawie nie chcą, twierdzą, że miasto zarabia na nich w inny sposób – przez „korkowe” od wypijanego w pubach piwa czy kupując w sklepach, które płacą ratuszowi czynsz. Uważają, że skoro nie mogą się tu zameldować, nie mają wobec miasta żadnych obowiązków.

Nadal kilkaset tysięcy osób korzysta więc z dróg, autobusów i metra w Warszawie, a dotuje zupełnie inne miasta. Jeśli przyjąć, że jest ich pół miliona, a średnio z podatku jednej osoby wpływa do kasy miasta 3 tys. zł rocznie (tak szacuje ratusz), miasto traci na tym półtora miliarda złotych rocznie. Co 12 miesięcy moglibyśmy zaczynać budowę nowego mostu lub kupować tysiąc nowych autobusów. Pieniądze mogłyby też pójść na zwiększenie częstotliwości kursowania komunikacji miejskiej czy wprowadzenie nowych linii, a przynajmniej niekasowanie tych, które już istnieją. Ale nie pójdą.

Ratusz nie chce wprowadzać ulg dla podatników. Obawia się, że wówczas nie będzie traktował równo wszystkich mieszkańców, a taka właśnie powinna być rola władz samorządowych. Pojawia się tylko pytanie, czy wszyscy mieszkańcy tak samo traktują miasto.

Może warto jednak wziąć przykład z Ząbek?



Powered by Wordpress
Theme © 2009 Presspublica Sp. z o.o.